piątek, 4 października 2013

MAM PLECY W TVN



            Z niecierpliwością czekałem na odcinek Agaty, w którym miałem wystąpić. Kiedy okazało się, że wybrano ustawienie kamer, przy którym dokładnie zasłania mnie wielki samochód, było mi kulawo.



            Na szczęście tego dnia, kiedy byłem na planie moje umiejętności aktorskie zostały wykorzystane dwukrotnie. Wprawdzie nie widać w tej drugiej scenie mojej twarzy, ale to jest dopiero wyzwanie dla aktora, wyrazić rolę plecami mogą wybrani, en face to byle Opania potrafi.

            Rolę musiałem odegrać należycie, bo od rana w pracy nieprzerwanie dzwonił telefon. Pytano czy to nie ja jestem tymi plecami z TVN, albo proszono o porady z dziedziny prawa. Większość dzwoniących przedstawiała się, jako Agata, Marek a zdarzyła się i prokurator Okońska.

            Zdolności aktorskie mam po mamie, tylko ona realizuje się w rolach teatralnych. To jest taki jej autorski pomysł na teatr absurdu, improwizowany na zawołanie w różnych sytuacjach i miejscach. W dniu, w którym ja pojawiłem się na srebrnym ekranie moja matka zagrała kolejna premierę.

            Tym razem na chodniku pod swoim blokiem. Jak co dzień rano mój tato wyszedł na spacer z psem. Ojciec wszystko robi rutynowo i w tym samym czasie. Idzie z psem codziennie tą samą trasą i zajmuje mu to zawsze tyle samo czasu. Przy wtorkowym spacerze rytm zakłócił ojcu strażnik miejski. Za to, że pies idzie przed ojcem a smycz tato ma w ręce zaproponowano mu mandat w wysokości 250 złotych. Ojciec tłumaczył się, że Fumfel to mały jamnik i już by sprawę załatwił, ale pies jak na życzenie postawił jeszcze klocka pod nogami stróża porządku. Za to kara wynosi 500 złotych, więc ojciec dowiedział się, że teraz zapłaci razem siedem i pół stówy. Na apele, że tę kupę zaraz sprzątanie strażnik już nie reagował.

            Nagle z klatki schodowej wyłoniła się moja matka w koszuli nocnej i idąc w stronę ojca, o kulach zaczęła:

- Bardzo panu dziękuję, że złapał pan mojego pieska. Uciekł mi przed chwilą a ja mam nogi chore i sama go nie dogonię.

             Ojciec zbaraniał, podobnie jak strażnik. Najpierw usiłował Zdzisławę wygonić, ale jak zaczęli razem skończyło się na dużo niższej karze. Aktorka zapytana o motywację, jaka towarzyszyła temu spektaklowi odpowiedziała, że ojciec już się spóźniał kilka minut, więc coś się musiało stać. Kule wykorzystuje nagminnie, choć nie potrzebuję ich już ponad rok. Załatwia nią sprawy w administracji i kolejki u lekarza.

            Więc jakim cudem ja, z wrodzonym talentem aktorskim, debiutem teatralnym u Jandy i kilkoma znakomitymi rolami telewizyjnymi (patrz zdjęcie) nie zagrałem Wałęsy w Wałęsie?.

            Nie rozumiem, dlaczego Wajda się krępuje i nie dzwoni, przecież to on siedział obok mnie jak grałem u Jandy, znamy się. Zrobiłbym to równie dobrze jak Więckiewicz albo lepiej. Wąsy można by mi przekleić a włosy mam najdłuższe od dziesięciu lat.

            Zapuściłem na górze, bo chciałem uzyskać fryzurę, która w gazecie nazywała się Preppy boy. Tyle, że model w gazecie nie miał gęby jak księżyc w pełni, więc ja w niej wyglądam bardziej jak Dorota Wellman, co dla Wajdy jest kolejnym plusem, bo za jednym zamachem mógłbym zagrać Krzywonos.

            Żadnego szukania oszczędności. Z tą fryzury musiałem coś zrobić. Szkoda mi było tych wyhodowanych pukli, więc poprosiłem fryzjera żeby to ogarnął. On zawsze golił mi dynie na zero, więc nie wiedział jak się do tego zabrać. W efekcie wyszło tak, że wyglądam teraz jak Iza Trojanowska w latach osiemdziesiątych. Mam jednak nadzieję, że pan Andrzej się ogarnie przy następnej produkcji.

            Z wielkich polaków nie było jeszcze filmu o Skłodowskiej. Chyba zapuszczę te włosy porządnie i wypatrujcie mnie na Orłach czy innych Kaczkach. Zresztą na początek to i Wiktor mi wystarczy.

wtorek, 17 września 2013

WEDDING PLANNER


Matka uważa, że dziczeje. Kiedyś każde zaproszenie na imprezę wyciągane ze skrzynki powodowało u mnie mrowienie wszędzie – byłem towarzyski. Od jakiegoś czasu jednak, kiedy wyciągam kopertę trochę bardziej elegancką niż ulotki reklamujące wakacje pojawia się niepokój. Zaproszenie na wesele do kogoś bliskiego?. Czujesz się tak jak wtedy, kiedy ma się kaszel i pęknięte żebro. Musisz to zrobić, choć wiesz, że będzie bolało.

            Żeby było jasne, nie dziczeje i nie jestem przeciwnikiem tego typu imprez, choć więcej rzeczy na zaślubinach budzi we mnie niepokój niż na przykład na takich komuniach czy stypach.

            Kiedy przez rok Szpara była poturbowana i przykuta do łóżka dwa razy w tygodniu przyjeżdżałem z butelką wina i do późnych godzin oglądaliśmy wedding.tv. To taki program, gdzie ludzie wysyłają swoje wesele i montuje się z jego najlepszych kawałków półgodzinny film. Dzięki temu okresowi w moim życiu ślubo – plannerem może nie jestem, ale ekspertem od obciachu podczas ożenku już owszem.

            Zaczyna się od błogosławieństwa, na które każdy ma swój sposób i raz każą ci całować krzyż, raz się żegnać a zdarza się, że i całują cie w czoło. Przed ślubem mojej siostry, kiedy klęczała z małżonkiem na poduszkach ułożonych na dywanie w dużym pokoju Zdzisławy zamieszanie zrobiło się takie, że błogosławili i rodzice i dziadkowie, wszyscy płacząc. Gdyby zdecydowała się do tego dołączyć jakaś sąsiadka na pewno matka by ją do tego popchnęła. Patrząc jednak na minę Izki (mieszaninę przerażenia z wybuchem śmiechu) poprzestano na dziadkach. W takich momentach życia niezbędne jest także naruszenie plastykowej Matki Boskiej stojącej na lodówce i zroszenie wodą z jej korpusu misternie ułożonych fryzur młodych państwa.

            W kościele wszystko zależy od tego, na jakiego trafisz księdza albo, jaką dysponujesz kasą. Moja siostra bardzo chciała, żeby do ołtarza poprowadził ją ojciec, na co usłyszała, że naoglądała się amerykańskich filmów. Byłem także na takim ślubie kościelnym, gdzie dziecko pobierającej się pary siedziało razem z nimi przed ołtarzem. Wychodząc po ceremonii można już skorzystać z całego wachlarza możliwości. Jedni wypuszczają gołębie inni uwalniają z dłoni motyle. Są specjalne klatki w kształcie serc, z których świeżo zaślubieni uwalniają balony, a jakże – czerwone serca. Sypiemy wszystkim, na łby leci forsa, ryż, kwiaty. Mogą temu towarzyszyć wybuchy petard lub strzały armatnie w zależności od fantazji. Bardzo wygodnie jest zbierać drobniaki z chodnika w sukni i garniturze. Na ślubie Rafała, który ze mną studiował przeczytano życzenia od Benedykta XVI. Później dowiedziałem się, że można to zamówić w necie za kilkadziesiąt euro, chyba sobie na urodziny zamówię od Franciszka.

            Po drodze z kościoła jest czas na sesję zdjęciową. Kilka póz przy rozwijanych planszach. Kolumny zamku, ogród w Wersalu a także rekwizyty. Stary rower, klęcznik czy altana z drutu, wokół której wiją się sztuczne pnącza zieleni. Bardzo to później wszystko wygląda naturalnie. Można także zrobić sesję w zupełnie innym dniu niż ma się ślub. Wtedy mamy już czas na tak oryginalne zdjęcia jak wyskakiwanie z autobusu w białej sukni, siadanie w tłumie zwykłych przechodniów na skwerach i w kawiarniach a także szalenie oryginalne ustawianie się w tych ciuchach w kolejce na poczcie, czy jedzenie kebaba.        

            Docieramy na salę weselną. Na samochodzie ozdób moc, nie oszczędzamy nawet klamek i kołpaków. Przy wejściu wódka, chleb i sól, kawałek dalej szampan z kieliszków obowiązkowo ustawionych w kształcie serca. Podczas wypełniania przez zaszczytną parę tradycji nieustannie towarzyszy im kamerzysta. W przerwach, kiedy siadają, jedzą czy wychodzą obejrzeć prezenty zaczepia gości. Wjeżdżając im obiektywem w talerze pyta, jak im smakuje, kim są dla młodych lub, jeśli jest odważniejszy ile ma pani lat i czy sama pani przyszła.

            Każdy z nas, nawet jak nie musiał przeżywać tego dnia osobiście był, obok kiedy działo się to u kogoś bliskiego. Najgorzej mają ci, którzy w okresie przedślubnym muszą mieć styczność z przyszłą panną młodą. Kobiety mają dość silnie sprecyzowane oczekiwania związane z tym wyjątkowym dniem i potrafią być trudne. Wszyscy ci:

Krawcy, (do zupełnie przyzwoitej sukni zawsze można coś doszyć. Frędzle, cekiny, perełki, kokardki, falbany. Można ją dowolnie skracać i marszczyć, dodawać kolorowe akcenty, zakładać podwiązki czerwone i niebieskie na białe rajstopy. A wszystko obowiązkowo zwieńczyć marszczonymi rękawiczkami naciąganymi na jeden palec.)

Fryzjerki, (do misternie ustawionej na głowie koafiury, do której zrobienia mistrzyni poświeciła cztery godziny pani zażyczyć sobie może wplecenie sztucznych margaretek lub innych sztucznych kwiatów przyspawanych do żyłki. Z welonem, wiankiem czy stroikiem można już wyprawiać, co się chce, łącznie z zakładaniem ich tył na przód niwecząc fryzurę ostatecznie.)

Florystyki, (nierzadko zmuszane są do wpychania druta w kwiaty, ponieważ jego naturalny kształt nijak ma się do wyobrażeń o nim tej, która bukiet będzie niosła. Oryginalnym pomysłem są także bukiety ze wszystkiego, co kwiatami nie jest, tu dowolność absolutna, ograniczona tylko fantazją i odwagą.)

Mistrzynie makijażu lub bardziej charakteryzatorki, (ponieważ nierzadko muszą najpierw zmatowić elewacje panny, która dwa tygodnie przed ślubem postanowiła spać w solarium, doprawiła sobie firany zamiast rzęs i ostrzykała usta na ponton. Stają na głowie, żeby to wszystko ogarnąć, choć ich praca na koniec ulepszona zostaje brokatem lub doklejanymi do powiek kamieniami. Każda z pań chciałaby być pofotoszopowana przynajmniej tak jak gwiazdy tvn na prezentacji nowej ramówki. Magda G wygląda jakby miała ze trzydzieści lat a nie naturalnie, czyli podobnie do Villas, ten francuski kucharz stojący obok niej na plakacie bardziej podobny jest do Shekina Stevensa niż do siebie.)

            I szereg innych, zobowiązani są stawić czoła realizacji marzeń, z którymi delikwentka chodziła od dziecka. Nierzadko nierealnymi. Jednakowoż to ona za to płaci i to nie mało, więc zawody te ryzykując swoją reputacją muszą godzić się na zachcianki wszelkie. Jeżeli suknia jest choćby najpiękniejsza a makijaż idealny a ona postanowiła dołączyć do niej białe kozaki i brwi a’la Breżniew – jej święto.

            Zachcianki jednak powinny być wcześniej sprawdzane. Zamówienie sobie limuzyny, która będzie musiała podjechać pod wiejski kościół kończy się czasami drobieniem między kałużami w białej sukni, ponieważ za długi samochód musi zostać kilkaset metrów przed podjazdem.

            Natomiast na sali można już wszystko. W ofertach zespołów weselnych jest dużo więcej rzeczy niż tylko muzyka. Strony z atrakcjami na ślub oferują całą paletę usług rozmaitych. Nie mam nic przeciwko zabawom na weselu, nie lubię tylko, kiedy zmusza się mnie do robienia z siebie idioty (wolę dobrowolnie), kiedy mam na sobie swój najlepszy garnitur a większość pań misternie obmyślane od miesięcy kreacje. Mogę tańczyć robiąc wężyka, godzę się na falę przy stole czy klaskanie w najdziwniejszych choćby momentach. Nie przepadam natomiast, kiedy każe mi się biegać w skarpetach po gaśnicę do samochodu, tańczyć z partnerką „na barana” (przodem), kiedy psika się na mnie pianką do golenia. Nie mam ochoty pompować balona skacząc po krześle bez spodni czy malować sobie twarzy farbami.

            Są także atrakcje, w których uczestniczymy grupowo. Pokazy barmańskie, fotobudka, walki rycerskie, bańki mydlane, confetti, czekoladowa fontanna, fireshow, iluzjonista, żongler, klaun dla dzieci, karykaturzysta, kominiarz. Można zamówić sobie atrakcje w postaci zespołu romskiego, który mało, że odśpiewa cygańskie szlagiery to jeszcze porwie pannę młodą. Możemy wspólnie lizać lodową rzeźbę lub uczestniczyć w karaoke. Na koniec wyjdziemy na pokaz fajerwerków albo puścimy do nieba lampiony.

            Jedzenie też nie musi być zwyczajne, bo możemy połączyć je z muzyką. Do rosołu – „Dumka na dwa serca”, później schaboszczak – „Jak anioła głos”. „Złote obrączki i róże płonące” uprzyjemnią nam konsumpcję barszczu z pasztecikiem, lecz przebiją je zaraz serwowane do flaków – „Nie żałujcie serca dziewczyny”. Do płonących lodów – „Panno Walerciu czarną masz” i na finał, pyszny pieczony prosiak upokorzony fajerwerkiem wetkniętym w tyłek wjeżdżający na sale, a w tle Jean Michel Jarre, opcjonalnie „Serce matki”.

            Przy okazji omawiania tego rodzaju imprez muszę wspomnieć mojego kolegę Sylwestra. Zawsze przy temacie wesel właśnie On ze wszystkich moich znajomych pierwszy przychodzi mi do głowy. Mieszkałem z nim w czasie studiów, kiedy lat mieliśmy dwadzieścia parę a jest to okres wzmożonego zapraszania na śluby wśród znajomych. Sylwester w odróżnieniu ode mnie należy do ludzi, którzy odzywają się z rzadka. Za to trafnie.

            Nie jest mrukiem, ale nie należy do tych, którzy w żółtej bluzie będą tańczyć i wrzeszczeć w środku dyskoteki. On tak raczej w granatowej, lekko z boku i z cicha. Jeżeli natomiast ma się to szczęście i należy do bliskiego grona jego znajomych, na kameralnych imprezach można się cieszyć jego poczuciem humoru i inteligencją. Na jednej z kolacji u Szpary, podczas której w tle leciało wedding.tv a biesiadnicy żywo komentowali, Sylwester jakoś tak w przestrzeń powiedział: „NIENAWIDZĘ WESEL!”. Po czym wyrzucił z siebie wszystkie krepujące sytuacje, w jakich kazano mu uczestniczyć. Doświadczenie ma bogate, ponieważ z racji umiejętności tanecznych i miękkiego serca jest po weselach ciągany przez samotne koleżanki. Zawsze, kiedy wracał po takiej nocy, całą niedziele spędzał z książką na kanapie, ewentualnie dłubał w laptopie. Nie rozmawialiśmy, musiał się wyciszyć. To rzucone przez niego hasło coraz bardziej zaczynam brać za swoje.

            Inny mój znajomy, zawodowo zajmujący się organizacją takich imprez miał kiedyś za klientkę dziewczynę, która postanowiła przebić wszystkie swoje koleżanki. Kiedy zabrakło jej już pomysłów na uatrakcyjnienie wesela postanowiła zamówić sobie zespół De Mono. Wszystko zostało załatwione tak jak sobie życzyła, ale na tydzień przed ślubem do organizatora zadzwonił manager zespołu:

- Witam, proszę zapytać państwa młodych czy to będzie duży problem, jeżeli z zespołem nie przyjedzie pan Krzywy?.

            Nie wiedzieć czemu zrezygnowała.

            Piszę o tym wszystkim, dlatego, że przedwczoraj wróciłem z wesela przyjaciół, które odbywało się pod Lublinem. Zaproszono mnie na nie już bardzo dawno temu i naturalnie natychmiast odmówiłem. Nie będę Wam opisywał, jakim podstępem przez brata pana młodego zostałem zmuszony do zmiany decyzji, ale absolutnie tego nie żałuję.

            Święto dwójki kochających się ludzi zorganizowano bez obciachu, kompromitacji siebie i gości, pozostawiając tylko miłe wspomnienie dwudniowej imprezy. Piątek trzynastego, żadnych księży, sukni w kształcie bezy czy sypania kwiatków. Dziesięć minut w urzędzie, Ona w pięknej wieczorowej sukience bez welonu i falbanek. Stałem pomiędzy rodzinami państwa młodych. Kiedy urzędniczka (uwielbiam sposób, w jaki mówią) zapytała: „Czy przyjmuje pani nazwisko męża?”. Stojąca za mną kobieta (z rodziny pani młodej), w naszyjniku z kamieni o wyglądzie tabletek Strepsils zaczęła chrząkać i buczeć. Odwrócił się do niej pan (rodzina pana młodego) i poradził:

- Jak cie boli gardło to possij sobie biżuterię.

            Nie było karzełków w łowickich strojach z tacką na obrączki ani grania na pile. Wszyscy wyszli i pojechali do restauracji, gdzie nie powitało nas styropianowe Szczęść Boże Młodej Parze czy balony tylko bardzo elegancji lokal i normalnie przygotowane stoły. Żadnego videofilmowania, pierwszych tańców czy „Cudownych rodziców” Sipińskiej. Pomiędzy gośćmi dyskretnie przemykała pani fotograf robiąc zdjęcia wszystkim, którzy ją o to poprosili. Z obserwacji tego jak się ustawiała będą mieli bardzo fajny reportaż z tego dnia.

            Wieczór upłynął na potrawach serwowanych, co dziesięć minut i tańcach, które ratowały od przejedzenia. Nie było oczepin, płaczu, tańców bez butów i zmuszania do czegokolwiek. Większość gości została ulokowana w wynajętym w całości hotelu, do którego częściowo przeniosło się i tak trwające do rana przyjęcie.

            Dzień kolejny, czyli przeważnie krótkie poprawiny, które mają na celu dojedzenie niezjedzonego i dotańczenie tych, z którymi zatańczyć się nie zdążyło okazało się weselem kolejnym, na którym zaserwowano jeszcze więcej jedzenia a na koniec przyciemniono światło i na salę wjechał prosiak, z którego tyłka błyskał fajerwerk.

            Z radości zaczęliśmy klaskać i robić sobie z nim zdjęcia a jedna ciocia się popłakała.

            Wszystkiego dobrego Sylwio Piotrku.


P.S.
Znacie taki rodzaj pogody, który na ślub by nie pasował?. Byłem już na różnych i zawsze gdzieś z boku dają się usłyszeć komentujące ciocie.
- „Takie piękne słońce, no już ładniej nie mogło być”.
- „Niebo płacze, że ona już nie jest panną, ślicznie mają”.
- „Taka piękna zimowa oprawa, ona jak śnieżynka wygląda”.
- „Burza taka z gradobiciem, jakby fajerwerki zamówili, no cudo”.
Podejrzewam, że i na tsunami by coś wymyśliły.

niedziela, 8 września 2013

PLIKI COOKIES


Jadę pod górę krętą wąską drogą. Jadę na rowerze z okrągłą przyczepką. To autostrada rowerowa, jestem na południu u naszych zachodnich sąsiadów. Mijają mnie zjeżdżający z góry rowerzyści, wszyscy jedziemy bardzo szybko.

            Podjeżdżam pod górę, mój rower zamienia się w samochód, któremu nie działa ręczny. Na skrzyżowaniu trafiam na czerwone. Zaczynam się staczać, droga się rozszerza, ale zbliża się jakaś wyrwa w jezdni. Rozpędzone auto, tyłem wjeżdża w dziurę, wybija się i podrzuca go wprost na gałąź wielkiego drzewa.

            Ja już w tym czasie stoję pod drzewem i zastanawiam się jak zdejmę go z gałęzi, bo nie jest moje, tylko koleżanki ze studiów. Klik. Jesteśmy w akademiku w Warszawie z korytarzami jak w szpitalu, niebieska lamperia olejna, żółtawe światło. Wszyscy rozmawiają o tym jak zdjąć samochód z drzewa, przychodzi koleżanka – właścicielka i mówi, że spoko, bo jest ubezpieczony od takich rzeczy i w ogóle fajnie tam wygląda.

            Przewracam się na drugi bok. Otwieram oko, kanapa Beddinge lovas, stolik Lack, dywan Gislev. Ikea, Jestem u siebie. Odpływam natychmiast.

            Biegnę goniąc Piotrka, kolegę z dzieciństwa. Lecimy po trawie otaczającej kaliski basen w centrum parku. Jest gorąco, rozgrzany trawnik parzy nam gołe stopy. Dobiegamy do ślizgawki, wskakujemy na strumień wody. Zjeżdżalnia rozpada się zaraz za nami, każdy jej element odpada jak tylko zdążymy go pokonać. Ludzie przed nami zabierają dzieci w popłochu, bo bardzo pędzimy. Spadamy do zimnej wody, kiedy wynurzamy głowy, ślizgawka stoi cała, chcemy jeszcze, ale nie wiemy jak do niej dojść.

            Znowu stąpamy po gorących kafelkach, żeby dobiec do blondynki z papierosem, która grabi trawnik, stoi tyłem do nas.

- Przepraszam, jak możemy się dostać do ślizgawki?.
- You have to go to the gate.

            Odpowiada nam Sarah Jessica Parker.

            Trochę oszołomiony otwieram oko, poprawiam poduszkę (Gossa Vadd) i zasypiam na nowo.

            Siedzę w kuchni, naszego starego mieszkania i mama, w przeskalowanej fryzurze tłumaczy mi, że jak bardzo będę się starał to pojadę na olimpiadę i będę rzucał wężem ogrodowym. Zdecydowanie pocieszony tą informacją wychodzę na podwórko. Schodzę po schodach, ręką podpierając się o ściany pomalowane wałkiem nadającym im wzór winogron. Jednak schodzenie trwa zdecydowanie za długo, więc na wysokości trzeciego piętra postanawiam sfrunąć. Staje na parapecie, rozkładam szeroko ręce i sfruwam do kolegów na trzepaku, zataczam duże koła zanim do nich trafię i podziwiam komin zakładu w którym pracował mój tato.

            Siedzimy na trzepaku i rozmawiamy o tym, że jutro wszyscy polecimy nad jezioro. Marlena chce grać w palanta, ale nas jednak zajmuje temat grzyba na ścianie jaki pojawił się w piwnicy i o tym, że masło roślinne jest super do kanapek.

            Z jakich plików cookies korzysta mój mózg, że później wyświetla mi takie obrazy na powiekach?.

Nie mam pojęcia.

wtorek, 20 sierpnia 2013

PIŁKA JEST OKRĄGŁA…


Wróciłem z Gdyni. Niedługo przed tym jak banda osłów zaatakowała plażowiczów i meksykańskich gości byłem na tej plaży. Na filmach z monitoringu faktycznie niewiele widać, ale jakbyście zobaczyli grupę śniadych, pulchnych i uśmiechniętych chłopców z imieniem Rodriguez na piersi, z których żaden nie przekraczał metra siedemdziesięciu i tłum nakręconych, podpitych osiłków to raczej nie trudno zrozumieć, kto zaczął.

            Szczerze współczuje tym, który wtedy na tej plaży byli. Jak jeszcze się opalałem i chciałem iść do wody musiałem przechodzić po cudzych ręcznikach i kocach. Nie dało się ich ominąć, bo jeden leżał obok drugiego. Nieciekawie musiała wyglądać ucieczka z dzieckiem w takim tłumie.

            Co za cyrk z tą piłką?. Jesteśmy ogromnym krajem w centrum europy. Naprawdę nie ma żadnych środków, które pozwolą zatrzymać ten rozkręcający się coraz bardziej bandytyzm?. Kiedyś tłukli się tylko na stadionach. Nie mam nic przeciwko temu. Jestem także gorącym zwolennikiem ustawek. Jeżeli ktoś na własne życzenie umawia się na bicie po mordach – bardzo proszę. Tylko nie wiem, po co tam są karetki?. Taką „imprezę” jak najbardziej powinna ochraniać Policja, ale stając kordonem dookoła pola walki i tych, którzy chcą już wyjść, wrzucać do środka.

            Czy taki pacan idący na bijatykę z piłą łańcuchową albo maczetą ma, choć odrobinę wyobraźni i potrafi wyobrazić sobie, co może zrobić?. A jeszcze lepsze są mamusie odbierające swoje pociechy na komisariatach:

„mój syn tylko tamtędy przechodził, szalik nosi na ustach w sierpniu, bo ma chore gardło, proszę mi oddać moje dziecko…”

            Gdybym kiedykolwiek znalazł się w takiej zatrzymanej grupie modliłbym się na tej komendzie, żeby nie przyszła po mnie matka. Gdyby oni ją tam zobaczyli to wiedzieliby, że najbardziej ukarany zostanę w domu. Te szczeniaki nie maja żadnego respektu, nawet wobec własnych rodziców, więc nic dziwnego, że robią, co im się podoba. Jak raz wezwali do szkoły rodziców, bo „ktoś” pani od chemii wstawił malucha do dołu po śmietniku moja matka broniła mnie mówiąc, że Kuba jest za słaby, żeby podnieść auto. Jak się dowiedziała jakie były motywy i zaczęła podejrzewać, że mógłbym być w tej ekipie zmieniła taktykę. Nie chciano jej dopuścić do grupy oskarżonych chłopców, więc trafiła we mnie butem, ze sporej odległości.

            Przez znajomość z piłkarzem miałem okres w swoim życiu, że i ja bywałem na stadionach. Mam w portfelu kartę Legionisty. Na pierwszym meczu stałem tyłem. Niespecjalnie rozumiem zasady futbolu, więc obserwowałem kibiców. Na Legii wypatrzyłem prawidłowość w swoim sektorze. Otóż nikt nie miał kompletnego uzębienia. Umówili się czy to jakaś moda, o której nic mi niewiadomo?. Możliwe, że była to zakładowa wycieczka firmy filetującej dorsze, ale żeby wszyscy?. Laski też szczerbate.

            Na debiut stadionowy wybrałem derby stolicy. Dla jeszcze bardziej niewtajemniczonych ode mnie, derby to taki karnawał przyjaźni, gdzie dwie warszawskie drużyny pozdrawiają się na murach i ścianach klatek schodowych już na dwa miesiące wcześniej. Są i takie dzielnice, gdzie ta kampania twa okrągły rok. Można zaobserwować wtedy napis w windzie: „czarna dziwko derby blisko”.

            Kiedy w drugiej połowie zacząłem już obserwować murawę okazało się, że jestem jednym z niewielu których faktycznie obchodzi wynik. Większość stadionu starała się trafić butelką w sektor mniejszości w czarnych koszulkach. Jak postanowiłem przenieść się na trybunę rodzinną, uchodzącą za najbezpieczniejszą trafiłem na modelową rodzinę. Mama, tata i synek. Wszyscy bez zębów. Ojciec z całej siły ochrypniętym głosem starał się krzyknąć „cwele” w stronę gości, ale nie bardzo mu wychodziło, bo był pijany, ale wspierała go małżonka. Uspokajała go wrzeszcząc: „co se będziesz na kurwów gardło zdzierał”. Rozemocjonowana pociecha spoglądała to na mamę to na tatę puchnąc z dumy. Pewnie za kilkanaście lat będzie „przypadkowym plażowiczem w Gdyni” i raczej nie pojedzie tam na Festiwal śledzia i flądry. 

            Jak wnieśli szklane butelki z wódką skoro wszyscy są obmacywani?, pojęcia nie mam.

            PZPN to też dziwna organizacja. Dlaczego ktoś, kto dysponuje sporą kasą nie potrafi przejechać po kraju i wyłuskać obiecujących nastolatków, wyszkolić ich i zrobić z tego drużynę?. Od lat te same nazwiska są na boisku i sukcesów jak nie było tak nie ma. Zastanawiające jest także to, że te same nazwiska prezentują znakomitą formę poza granicami naszego kraju, a kiedy tylko występują z orzełkiem na piersi potrafią nawet strzelić samobója.

            W Anglii jakoś dali sobie rade z tym rozkręcającym się procederem, może należałoby zapytać jak?. Okazuje się, że ten cyrk wymknął się już z ośrodków sportowych, gdzie normalni ojcowie pogodzili się z tym, że nie zabiorą syna na mecz. Teraz zaczęto już odwiedzać wykłady uniwersyteckie, odczyty, obchody świąt narodowych a ostatnio nawet plażowiczów.

            Może piłka nożna powinna być w Polsce zabroniona?. Inne dyscypliny sportu nie generują bandytów. Na meczach piłki siatkowej, badmintona czy podnoszeniu ciężarów nikt kamieniami nie rzuca. Sukcesów żadnych w nodze nie mamy. Najtaniej by wyszło. 

czwartek, 8 sierpnia 2013

PRAWDA CZASU, PRAWDA EKRANU


Są tacy ludzie, którzy przyjeżdżają do Warszawy zobaczyć Pałac Kultury, są i tacy, którzy wolą spotkać Kammela w porsche na skrzyżowaniu albo wpaść na poczcie na Edytę Wojtczak.

            Ludzie w małych miastach myślą, że większość mieszkańców Warszawy pracuje w telewizji, ewentualnie w radio. Tak oczywiście nie jest, choć sporo ludzi zamieszkujących stolicę jakiś epizod związany z mediami ma. Gwiazdy są dla wielu kimś ważnym. Znam osobiście dorosłego już faceta, który w dzieciństwie całował po dobranocce Krystynę Loskę w telewizor i szedł spać.

            Ja zaraz po przyjeździe nabyłem rower, żeby lepiej poznawać miasto. Bardzo podobały mi się wszelkie ekipy telewizyjne spotykane na mieście, bo tego w Kaliszu nie miałem. Zatrzymywałem się przy prezenterkach i robiłem sobie zdjęcie z mikrofonem. Pod kancelarią Premiera Brygida Grysiak sama zrobiła mi zdjęcie komórką, bo operator jej kamery trzymał mi rower. Wysyłałem je mmsami do taty i siedzieli z matką przed telewizorem czekając na transmisje.

            Później odkryłem, że można dorabiać sobie statystując w filmach. Nawet nie chodziło mi specjalnie o kasę, ale mogłem poznawać ciekawe osoby. W jednym filmie musiałem prowadzić rower z rogami jelenia na plecach. Rola dość oryginalna, ale dzięki temu, że tam poszedłem mogłem w przerwie zjeść obiad, wprawdzie w autobusie, ale z Wojciechem Pokorą.

            Po kilku takich epizodach zaproszono mnie jeszcze raz do agencji i zrobiono mi zdjęcia. Trochę jak w więzieniu. Z przodu, z boku, tyłem. Dzięki tym fotkom zaproponowano mi reklamy. Reklama to zawsze lepsza kasa niż statystowanie, nawet jak nic nie mówisz. Niestety powtórek jest dziesięć razy tyle, co w filmie i ma się na twarzy tyle podkładu, że trzeba to później zmywać godzinę. Wtedy wyglądałem jeszcze tak, że proponowano mi role młodych mężów. W reklamie linii lotniczych stałem ze swoją „żoną”, obejmując ją ramieniem i z bananami na twarzach wpatrywaliśmy się w niebo. Miałem na sobie zielony sweterek z wystającym białym kołnierzykiem, coś jak Piotr Kraśko. Szpara do dziś mi wypomina, że przez tę reklamę te linie upadły.

            Reklama leciała tylko w TVN24 i moja matka mogła mnie już podziwiać na serio na ekranie. W tym miesiącu była najlepiej poinformowaną osobą w Kaliszu. Teraz proponują mi tylko reklamy piwa. Odmawiam.

            Po drodze był jeszcze program dla MTV. Zadzwonił kolega i zapytał czy mogę być jurorem oceniającym sobowtóry Lady Gagi?. Pewnie, że mogę. Przyjechał po mnie bus z kandydatkami. Zaczęły zadawać mi krępujące pytania a że wszystkie miały najwyżej siedemnaście lat, zasłaniałem się gazetą. Na miejscu okazało się, że jednak oceniamy sobowtóry Dody. W życiu nie czułem się tak zażenowany. W studio kręciliśmy dwa razy z przerwą chyba miesięczną. Różnica była taka, że za pierwszym razem było tam bardzo ciepło i siedzieliśmy w koszulach a za drugim razem zimno jak w iglo, ale my nadal w koszulach, tych samych, żeby nie było widać, że kręcone na raty. Nie mam znajomych w wieku, kiedy ogląda się MTV, więc się nie martwiłem. Zgodnie z oczekiwaniami zadzwoniła do mnie siostrzenica i syn kuzynki, ale także nieoczekiwanie sporo kolegów. Najwięcej wstydu najadłem się na uczelni. Odpowiadałem przy katedrze w uczelni wojskowej. Za stołem pilot zadaje mi pytania, ja poważny, wyprostowany odpowiadam. W pierwszym rzędzie wpatruje się we mnie koleś i w przerwie między pytaniami wypala:

- Ej. Ty byłeś w MTV?.
- Słucham?.
- W MTV, występowałeś z Dodą?.
- Nie, to nie ja.
- Serio?. Podobny bardzo jesteś.
- Serio.

            Niestety zainteresował się także wykładowca:

- Zna pan Dodę?.
- Nie.
- Ale był pan w telewizji?.
- Nie, to nie ja.

            Poważny człowiek w mundurze zaufał czerwonemu na pysku studentowi i temat się skończył. Koleś jednak niedowierzał i wpatrywał się z nieufnością. Kolejnego dnia wchodząc na wykład zobaczyłem ludzi wpatrujących się w laptopa w pierwszym rzędzie. Nie wiem skąd ten koleś to wziął, ale śmiali się ze mnie pół semestru.

            Miałem także przygodę z radiem. Znajomy z innego miasta pracujący wówczas w wydawnictwie zadzwonił zdenerwowany.

- Cześć masz dziś wolne?.
- Tak.
- Słuchaj, pojedziesz do radia Zet i opowiesz o nowej wydawanej przez nas encyklopedii.
- Ale ja nic o niej nie wiem.
- Wszystko masz na mailu, przeczytasz i już.
- Wyjdę na głupka.
- Stary, to jest dla nas darmowa reklama warta kupę forsy. Nikt z nas nie zdąży dojechać do Warszawy na nagranie.
- A kiedy to jest?.
- Za godzinę.

            Byłem w spodenkach, na rowerze, więc obciach. Wprawdzie to nie telewizja, ale żeby w szortach?. Słucham tej rozgłośni od dziecka. Może spotkam Monikę Olejnik na schodach i mam mieć na sobie sportowe gatki?. Pojechałem szybko do domu, ubrałem się jak należy i wydrukowałem materiał. Za dużo tego było, żeby nauczyć się na pamięć w piętnaście minut. Wszedłem do budynku Rogoźni wpatrując się w kartkę. Zszedł po mnie Wojtek Pieniak, który specjalną kartą otwierał wszystkie drzwi przed nami. Dotarliśmy do pokoju bez szyb, postawił przede mną mikrofon i zabrał mi kartki.

- Jak pan opowie będzie bardziej naturalnie.

            Bezgłośnie odliczył do trzech palcami i zacząłem gadać. Na koniec on tylko dodał: „mówi Sobucki, który encyklopedię zna od podszewki”. Kiedy skończyliśmy, rozluźniłem się, bo myślałem, że już po wszystkim. Nic bardziej mylnego. Transmisja miała być kolejnego dnia trzy razy. Pierwsza o szóstej rano. Spoko, pomyślałem, kto słucha radia o świcie?. Za pięć szósta zadzwonił telefon. Wydawnictwo.

- Cześć, będziesz słuchał?.
- Pewnie, specjalnie się obudziłem.
- U nas się cały zarząd zebrał w sali konferencyjnej i siedzą wokół głośnika.

            Aż usiadłem na łóżku. Słuchałem faceta w radio, który mówił to, co ja wczoraj, ale nie znałem tego głosu: „…w Ameryce ta encyklopedia jest dla ludzi tym, czym dla Polaków Biblia…”. Niestety wymieniono tam dwukrotnie moje nazwisko. Skończyło się, nie było chyba tak źle, czekałem na telefon.

            Pierwsza Zdzisława:

- Ślicznie synek, jak mądrze, bardzo ładnie.

            Matka nie jest obiektywna, czekałem na werdykt zarządu. Ale zadzwonił kuzyn, który nigdy nie dzwoni.

- Ej, to ty jesteś teraz w radio?.
- Tak.
- A kiedy ty byłeś w Ameryce?.
- Niedawno.
- Radio widać też kłamie.

            Zadzwoniło w końcu wydawnictwo i okazało się, że bardzo są wdzięczni. Dostałem za to mnóstwo książek.

            Ale wracając do ekranu. Przestałem już od dawna chodzić na te castingi, bo mnie to znudziło. Zresztą trafiały się jakieś kulawe propozycje z osobami, których nie miałem ochoty poznać. Aż zadzwoniła pani kilka tygodni temu.

- Czy pan nadal ma ochotę z nami współpracować?.
- Tak, ale nie przy wszystkim.
- A na co się pan zgadza?.
- Z reklamami proszę dzwonić, ale do filmów już podziękuję.
- Dobrze, to sobie zapiszę, bo chciałam pana do Prawa Agaty!!!.

            Głos mi zamarł. Podnieciłem się jak na komunii.

- A kiedy to jest?.
- Jutro.
- Ojej, jutro nie mogę, ale proszę sobie zanotować, żeby telefonować do mnie w sprawie reklam i Prawa Agaty.
- Serio?.
- Jak najbardziej.

            Musiałem zrezygnować, bo przyjechała do mnie siostra. Zresztą na dzień dobry wyzwała mnie za rezygnację, bo też jest wielka fanką Agaty. Pani na szczęście zadzwoniła kilka dni później i wtedy zgodziłem się bez wahania.

            Mieliśmy kręcić w Wilanowie. Obudziłem się już przed piątą rano, żeby się nie spóźnić. Miałem przygotować dwa stroje, jeden codzienny, na zakupy, drugi elegancki – wieczorowy. Idąc rano po budzącym się Wilanowie zadzwoniłem do mamy.

- Idę już tam mamo.
- O rany, ciekawe kogo zagrasz?.
- Pewnie gdzieś przejdę tylko z tyłu, może mnie wytną.
- Coś ty. Pewnie jakiegoś młodego prokuratora.

            Matka to matka.

            Jakim cudem Wilanów jest uznawany za ekskluzywny zakątek stolicy?. Kiedyś stało tam kilka ciekawych niskich budynków, place zabaw i trochę drzew. Teraz nawciskali tam tego tyle, że ludzie mogą sobie podawać ręce na powitanie przez okno. Jeden budynek na drugim. Na środku kościół w kształcie wielkiej wyciskary do cytryn. Jedyne, co tam zostało fajne to schodzące nisko samoloty, które podziwiałem na porannym niebie.

            Na planie filmowym zawsze jest tak samo. Jest kilku kolesi, którzy chodzą w wełnianych czapkach niezależnie od pory roku. Większość ludzi ma skręcony pysk i wszyscy deklarują, że nie oglądają telewizji. Logistyka takiego przedsięwzięcia jest jednak bardzo złożona. Żeby nakręcić dwie minuty filmu trzeba porozstawiać pełno sprzętu i światła, powiedzieć każdemu gdzie ma stanąć i co mówić a później to jeszcze powtórzyć z pięć razy z różnymi ustawieniami kamer. W tym czasie wszystko w tle też się musi zgadać. Chmury, słońce, samochody.

            Taki film to jest jednak ogromna praca. Jak oni później montują ten dźwięk, robią postsynchrony, dodają muzykę, tną to i łączą? Nic dziwnego, że jest tyle filmowych nagród.

             Tutaj było tak samo. Pani od statystów zdecydowała, kto kogo ma grać. Znowu mi przypadła jakaś żona, co mnie ucieszyło, ale zrezygnowano z tego pomysłu. Zaprowadzono nas do autobusu z charakteryzacją, żeby z jednych zrobić ochroniarzy a z innych mężów. Ja się wymigałem, bo zaproponowałem, że będę w okularach, udało się.

             Czekaliśmy, bo w autobusie przebierała się jakaś pani. Wylazła z niego za to znana z gazet stylistka, która okazała się zwykłą małpą. Stojąca z nami opiekunka statystów zapytała ją czy długo to potrwa, bo nie chciałaby, żebyśmy stali na dworze, bo wieje wiatr?. Na co usłyszała odpowiedź: „a kogo to obchodzi?”. To też jedna z rzeczy, po której rozpoznaje się ludzi na planie. Im jest ktoś bardziej znany tym lepiej traktuje ludzi, albo sprawia takie wrażenie. Za to wszystkie te asystentki zachowują się jakby kręciły Dynastię i grały Alexis.

            Obok autobusu stała deska do prasowania a żelazko było wetknięte w jego boczne drzwi. Uprzejma pani pytała czy komuś cos wyprasować. W środku od dwudziestu minut słuchać było suszarkę. Villas nie żyje, więc musieli tam suszyć goryla, nikt inny nie ma tyle włosów. Nieuprzejma stylistka (w klapkach z brudnymi nogami) zniknęła we wnętrzu a pojawiła się Agata.

            Pojaśniało od razu na dworze, wiatr ustał. Stąpiła na ziemię, trawa się przed nią kładła. Uśmiechnięta pomimo wczesnej pory przywitała się ze wszystkimi. Zaczęliśmy kręcić. Agata powtarzała wszystkie ujęcia z tą samą spokojna miną. Ja przechodziłem za samochodem, wokół którego biegała, z reklamówkami sklepu, który jest sponsorem filmu. W przerwach miedzy kręceniem słuchałem ludzi.

            Statyści rozmawiali o tym gdzie ostatnio grali i jak im poszło. „w reklamie Lecha to nas prawie nie widać, ale w Na Wspólnej było spoko…”. Przeniosłem się na słuchanie aktorów. Agata udzielała rad koleżance z planu jak wyciągnąć więcej kasy z tej fuchy – równa babka. Skończyliśmy bardzo szybko. Po Agatę podjechał samochód, pożegnała się z każdym i odjechała.

            Pojechaliśmy na kolejny plan. Zmiana ubrań i polecenie od opiekunki, żebyśmy ustawili się w szeregu i poddali ocenie stylistki. Przylazła. Szła jak chorąży w wojsku komentując każdego chłopaka:

- Zmienić krawat…, dodać poszetkę…, rozpiąć marynarkę…

            Zbliżała się do mnie i tylko czekałem, żeby się z nią zmierzyć. Tyle się naoglądałem tego serialu, że sam bym ich wszystkich wystylizował. Poza tym wiem jak dobrze się ubrać. Miałem na sobie ciemne, bordowe spodnie, białą rozpięta koszulę i szarą marynarkę. Zmierzyła mnie od góry do dołu:

- Świetne spodnie.

            Kolejna scena z Darią Widawską w restauracji. Byłem już ładnie ubrany i bez okularów, dostałem „żonę” i posadzili mnie tyłem.

sobota, 20 lipca 2013

ŻYCIE WARIATA


Cały dzień jeździłem dzisiaj na rowerze. Niewiele ma to wspólnego z kondycją fizyczną, bo zaliczyłem obiad i kolacje na mieście. Żeby jednak było trochę fit wybrałem plastry indyka z warzywami. Kiedy podszedłem odebrać je w barze pani zaproponowała mi jeszcze kotleta de volaille, bo: „dopiero, co świeżutki usmażyłam a już zamykamy, pan zje”.

            Stojąca za nią koleżanka spojrzała na nas tak, że gdyby wzrok mógł zabijać leżelibyśmy tam sztywni. Chyba sama miała ochotę na usmażone mięsko. Przy kolacji już się nie oszukiwałem i wziąłem makaron patataj smażony w woku i ociekający tłuszczem. To pedałowanie też jeszcze nie daje efektów, bo od wypadku mam takiego pietra, że jeżdżę wolno jak żółw. Na głowie kask a oświetlony jestem jak budynek Smyka w święta. Samochody przepuszczam nawet jak mam zielone a kiedy trafi się srebrne BMW (w Warszawie to chyba, co drugi samochód) to całkiem schodzę z roweru i zamykam oczy.

            Taka spokojna jazda ma też swoje plusy. Obserwuje ludzi i słucham, co mówią. Jeżdżąc dzisiaj zastanawiałem się, jakim cudem ja ściągam na siebie te wszystkie sytuacje, które Wam później opisuje?.

            Nie dość, że wszędzie trafiam na kosmitów to zapamiętuje wszystkie najgłupsze rzeczy. Ta wiedza do niczego (poza pisaniem bloga) się nie przydaje. Pamiętam na przykład jak w wieku lat dziewięciu byłem z rodzicami na wczasach w Ślesinie i na bramie było napisane: „kierownik ośrodka Ciuciurupa Kozłowska”. Słownik podaje, że to określenie pejoratywne, jak „pokraka”. Dlaczego tam to umieszczono, jako imię i po co ja to pamiętam?, Nie mam pojęcia.

            Dziś przejeżdżając pod ambasadą Włoską obserwowałem dwójkę ludzi spacerujących z psami. Przysięgam Wam, że zdjęcie tej pary powinno się umieszczać pod artykułami, w których jest mowa o tym, że psy są podobne do właścicieli. Jak się później okazało nawet wabią się adekwatnie do wyglądu. Pan w powyciąganej koszuli z browarem szedł z kundlem do połowy ufajdanym błotem. Pies jak pan: szczęśliwy i wolny, bez smyczy. Na ławce siedziała pani pochłonięta lekturą. Wyfiokowana jak na Boże Ciało a obok niej psi odpowiednik. Pudlica. Szyja wyprostowana i skupiony wzrok, u obu. Nagle kundel żywo ruszył w stronę suczki i zaczęli szczekać. Pies głośno i chaotycznie, suka miarowo, dystyngowanie i raczej z cicha. Jednocześnie odezwali się właściciele piesków:

- Pimpek, przestań kurwa szczekać.
- Dilajla, nie reaguj.

            Zacząłem się śmiać i rozglądałem się dookoła. Nikt poza mną nie zwrócił na to uwagi. Zastanowiłem się ile takich głupot zaprząta mój umysł?.

            Zawsze, kiedy przejeżdżam obok Victorii i zatrzymują się auta w pierwszym siedzi kobieta. Po kiego grzyba to zapamiętałem?. Nie wiem.

            Kiedy dojechałem do starówki przyglądałem się, jakie atrakcje czekają na turystów odwiedzających stolicę? Otóż dzieci do fotografowania się mają do wyboru dziada oblepionego kwiatkami, stojącego w dużej doniczce i udającego tańczący kwiatek, do muzyki z radia na baterie ustawionego z tyłu. Kawałek dalej stoi lujek bez zęba ubrany w zbroje rycerską i ma tylko jeden tekst zaczepny: „ile ważysz mały?, to tyle ile cały mój strój”. Po czym uśmiecha się promiennie pokazując ubytki a dzieci się cieszą. Jest jeszcze laska w stroju średniowiecznym, która chyba na początku stała nieruchomo i pobudzała się na dźwięk rzucanej monety. Popołudniu była już zgarbiona, drapała się, mrugała a jak ktoś dał forsę mówiła zwyczajnie „dziękuję”. Wszystkie atrakcje tak związane z Warszawą jak Smok Wawelski. Pasuje tam tylko pani stojąca z koszykiem i krzycząca: „świeżuchne obarzanki, pańska skórka!”.

            Najgorsze jest to, że to moje obserwowanie i zapamiętywanie zamiast niknąć tylko się wzmaga. Chyba zwariuje przed pięćdziesiątką.

            Z kompletnie bezużytecznych rzeczy pamiętam jeszcze zapachy wszystkich odwiedzonych domów, to, że najzimniejsza woda na świecie jest u mojego kolegi pod Poznaniem. Ja lubię zimną kąpiel a ilekroć go odwiedzam nie daje rady wytrzymać odkręcając tylko zimny kurek. Studnia jakaś tam jest czy coś?. Znam całe teksty biesiadnych piosenek, których słuchała w kuchni moja matka, która na marginesie zadzwoniła dziś, żeby mi powiedzieć, że jej koleżanka ma gości: „Z Zieleniej Góry”. Zapamiętuje całe najgłupsze zasłyszane dialogi i znam na pamięć monolog Rysi z Killera.

            Chyba nie muszę czekać do pięćdziesiątki, już zwariowałem. Blog powinien nazywać się Życie wariata.

           
P.S.
Wracam już do pisania. Trochę byłem zajęty.

P.S.2
Na smartfony są takie aplikacje z różnymi postaciami powtarzającymi dziwnymi głosami to, co usłyszą. Ściągnijcie sobie trzy siedzące kotki, radość wręcz dziecięca.