niedziela, 2 lutego 2014

PAMIĘTNIKI Z WAKACJI – OSLO

            Taki wróciłem nakręcony z Norwegii, że o niczym innym teraz nie myślę. Najgorsze jest to, że wszystko w Warszawie porównuje do tego, co widziałem w Ośle i strasznie na tym tle nasza stolica wypada blado.

            Dzięki zaproszeniu znajomego, który mieszka tam już bardzo długo mogliśmy spędzić weekend w Skandynawii. Szpara jak tylko się dowiedziała, że jest okazja wyrwania się z domu w godzinę znalazła bilety w cenie taksówki z centrum na Pragę. Gospodarz zaproponował, że po nas przyjedzie, więc koszt dostania się do miasta też odpadł i na szczęście, bo był pięciokrotnie wyższy od biletu.

            Straszeni aurą i cenami ubraliśmy się na wyjazd, co najmniej tak, że moglibyśmy jechać tam pod namiot. W drodze na lotnisko odwiedziliśmy także duży dyskont spożywczy w celu nabycia produktów, za którymi tęsknił kolega za wielką wodą. Zakupiliśmy tego znacznie więcej niż sobie tego życzył, bo wakacje wakacjami, ale jak wyczytałem, że Oslo od 2009 jest najdroższym miastem na świecie to postanowiłem jeść tam wyłącznie przywiezione przez siebie suszone kabanosy.

            Atrakcje zaczęły się już na lotnisku. Lecieliśmy we trójkę. Bagaż tylko podręczny z czystymi gatkami i kiełbasą, więc teoretycznie powinno pójść szybko. Nic bardziej mylnego. Szpara i Emil położyli swoje plecaki, oddali zegarki i komórki i hyc przez bramkę. Ja jak zwykle zostałem potraktowany jak terrorysta i diler narkotykowy. Nie wiem, dlaczego zawsze tak jest. Wyglądam zupełnie przeciętnie. Chyba przestanę przed wyjazdami golić głowę i zacznę podróżować ubrany na różowo, może wtedy dadzą mi spokój. Tradycyjnie zdejmowanie butów i macanko po całości. Sprawdzenie skarpetek, palec w majtkach, żeby sprawdzić gumkę okręcając mnie dookoła jak lalkę. Pan, który mnie kontrolował też trafił mi się wyjątkowy. Zawsze przy takiej kontroli należy podnieść ręce i stanąć tyłem, żeby on wygodnie mógł zacząć te pieszczoty. Ustawiłem się jak zawsze i dostałem ostrzegawcze klepnięcie w łopatkę.

- Przodem, to nie mecz.

            Żałuje, że nie zdecydował się zabawiać ze mną od tyłu, bo tak śmierdziało mu z ust, że odechciało mi się całego tego fruwania. Mama zawsze mi mówiła, że w podróż trzeba się ładnie ubrać, więc ja na lotnisku stawiam się starannie wyprasowany, nienagannie ogolony i w nowej bieliźnie. Po tych kontrolach jestem, wymiętolony i spocony z nerwów.

            Emil lecący ze mną chyba już trzeci raz częściowo odciąga ode mnie świrów. Tym razem romska pasażerka przyczepiła się do niego. Była oburzona, że nie pozwolono jej wnieść zakupionej jeszcze przed odprawą wiśniówki. Całą butelkę zmuszona była wyrzucić. A propos! Od wczoraj zmieniły się zasady wnoszenia płynów na pokłady samolotów. Pomijam już komentowanie tego kretyńskiego prawa. Nikt flakonem perfum samolotu nie wysadzi. Najprawdopodobniej, żeby zapobiec chlaniu z własnych butelek w czasie podróży, teraz wszystko zakupione będziemy wkładać w worki, które mogą być skontrolowane także przy wysiadaniu. Podejrzewam, że rodacy znajdą i na to sposób. Kupią jedną butelkę mniejszą, którą zrobią całą w czasie podróży i pustą flaszkę zostawią na pokładzie. W tanich liniach, gdzie samolot lata w tą i z powrotem i czasami nie ma czasu na sprzątanie teraz dodatkowo będą walały się jeszcze puste butelki.

            W dzień wylotu temperatura wynosiła minus dwanaście stopni, padał śnieg z deszczem i bardzo silnie wiało. Lecieliśmy z Modlina, więc do samolotu na nogach i dodatkowa kontrola dokumentów w drzwiach. Stałem na schodach i starałem się tak owinąć głowę kapturem, żeby ten marznący deszcz nie leciał mi w twarz. Cała podróż trwała półtorej godziny i jak tylko koła dotknęły pasa wewnątrz rozległy się oklaski. Owinąłem się dokładnie szalikiem, czapkę z daszkiem zamieniłem na polarową uszatkę i sprawdziłem czy dokładnie zapiąłem wszystkie guziki w kurtce. Kiedy stanąłem w drzwiach od samolotu przekląłem wszystkich, którzy straszyli mnie warunkami atmosferycznymi w Norwegii.

            Gdyby poustawiać tam trochę więcej lamp lotnisko mogłoby służyć za plan filmowy komedii romantycznej. Temperatura dwa stopnie na minusie, zero wiatru a z nieba leciały grube, ciężkie płatki śniegu spadając powoli i leniwie. Tak zaczął się mój zachwyt nad tym miejscem.

            Później było już tylko lepiej. Samochód czekał na nas przed samym wejściem i pędząc przez szare, betonowe tunele ruszyliśmy do miasta. Wjazd do Oslo wygląda podobnie jak we Frankfurcie. Tam w ogóle jest bardzo niemiecko. Ścisłe centrum to kilkanaście wieżowców bijących światłem widocznym już z daleka a dookoła kamienice trzy, cztero piętrowe poprzetykane gdzieniegdzie jakimś bardzo nowoczesnym budynkiem. Trochę nawet parysko.

            Pierwsze zdziwienie po wejściu do domu było takie, że wszyscy nas widzą. W mieszkaniach apartamentowca stojącego vis a vis były ogromne okna niczym nieprzesłonione. W większości na parapetach stały lampy oświetlające bardzo minimalistycznie urządzone wnętrza z mnóstwem książek. Przed budynkami pomimo zimowej aury pełno zaparkowanych rowerów. W każdym bloku palarnia na końcu korytarza. W naszym służył za nią duży taras, na którym przy okazji palenia fajki poznawałem nowych ludzi. Pierwszy był czarny Jezus z Kuby syn dentysty, później młody norweg a na koniec grupa nastolatek wychodzących z imprezy w sąsiednim budynku. Ja towarzyski jestem.

            Szpara nie ma problemów z tworzeniem ambrozji nawet na wyjazdach, więc czarowała w cudzej kuchni dokładnie tak jak u siebie podtykając mi tylko, co chwilę rzeczy z lodówki i przyprawy, żebym sfotografował. Pan domu był coraz bardziej zachwycony naszą wizytą. Wciągał specjały Szpary tak jakby nigdy w życiu miał już nie jeść i pilnował czy wszyscy mamy pełne kieliszki. Oslo oślem, ale to jest w końcu spotkanie rodaków z kraju gdzie tradycja jest silnie wpisana w krajobraz. W odróżnieniu od cyganki nakupowaliśmy wódy po odprawie.

            Łóżka też tam mają niestandardowe, albo tylko w tym mieszkaniu takie było, bo u nas najszersze mają dwa metry. Możliwe jest też, że było dwumetrowe tylko ja się tam zachowywałem jak odurzony, bo zachwycało mnie dosłownie wszystko. Obudziłem się rano i kiedy otworzyłem jedno oko zobaczyłem rozmarzoną Szparę wpatrzoną w padający za wielkim oknem śnieg.

- Lalka, idź po wodę.
- Gdzie?
- Do Żabki.
- Jesteśmy w Norwegii.
- Nie ma Żabek?
- Nie. Fiordki są.

            Nikt z nas nigdzie nie musiał chodzić, ponieważ gospodarz słysząc, że już wstaliśmy zaopatrzył nas we wszelkie napoje zimne i gorące zanim jeszcze wyszliśmy z łóżka. Mogliśmy, więc napawać się tym błogostanem nadal.

- Pięknie tu jest, co?
- Bardzo.
- Mógłbyś tu mieszkać?
- Tak.
- Pewnie już o tym myślałeś?
- Nawet mi się śniło.
- Dawaj.
- No, że poznałem kogoś i wychowywaliśmy dziecko w normalnym kraju.
- Ty nie donosisz ciąży, jesteś za nerwowy.
- Nie psuj mi zabawy.
- Ale zapowiadam ci, że jak przyjadę a ty będziesz cały taki norweski w skórze jeża i powiesz: jestem Bjork, to natychmiast wracasz do kraju.

            Po śniadaniu ruszyliśmy zobaczyć miasto. Jak zobaczyłem ceny w sklepach to zakupy ograniczyłem do magnesu na lodówkę. Goszczący nas Irek opowiadał o historii kraju, tradycjach, rodzinie królewskiej i pokazywał najciekawsze miejsca. Jednak okazało się, że nawet w tak odległym miejscu ściągam świrów. W metrze dosiadła się do mnie narkomanka i zaczepiała mnie mówiąc mi coś do ucha po norwesku. Ja się boje narkomanów i nie czułem się komfortowo. Nie chcąc wdać się w konwersacje, choćby z tego prostego powodu, że nie rozumiałem ani słowa udawałem głuchego. Szpara siedząca naprzeciwko gorąco mnie do tego zachęcała.

- Nie bądź bucem, porozmawiaj z panią.

            Kiedy kobieta wreszcie wysiadła wróciły mi kolory na twarz.

- Ale miałem pietra.
- Dlaczego?
- Bo mi od dziecka matka wmawiała, że narkoman może mnie ukłuć strzykawką i będę chory.
- Ona chciała tylko z tobą pogadać.
- Nie mam pojęcia, co do mnie mówiła.
- Ja tam połowę rozumiem.

            Jak na życzenie w wagonie rozległ się komunikat brzmiący jak język niemiecki z gulgotaniem indyka.

- To, jaka teraz będzie stacja?
- Wawrzyszew.

            Uparłem się, żeby zobaczyć także to miejsce gdzie trzy lata temu był zamach. Nikt tam oczywiście nie pali zniczy, nie ma nawet żadnej tablicy. Ludzie starają się żyć dalej nie utrudniając sobie egzystencji wspominaniem traumatycznych wydarzeń. Irek nadal wszystko objaśniał.

- Tu stał samochód, w tym budynku wyleciały szyby.
- Wiesz, że on część materiałów podobno zakupił w Polsce?
- Wiem, mocznik.

            Zamarłem i sięgnąłem do kieszeni kurtki. Na małej tubce, jaką miałem ze sobą jak wół widniał napis: Specjalistyczny krem – maska do rąk z mocznikiem i gliceryną. Teraz już wiem, dlaczego macają mnie z taką starannością na wszystkich lotniskach.

            Odwiedziliśmy jeszcze znajomych Szpary z podstawówki mieszkających na tamtejszym Ursynowie. Dotychczas sceptycznie podchodziła do moich zachwytów nad tym krajem aż wróciła z łazienki.

- Satynowa lilia otulona księżycową nocą.
- Upiłaś się?
- Nie, zapach do kibla się tak nazywa.
- Mówiłem ci, że tu jest ekstra.

            Wróciliśmy do domu. Wysiadając z autobusu byłem już nakręcony na całego. Śnieg, który leży zgarnięty na poboczu jest czysty a nie ufajdany od piachu jak u nas. Chodniki też nie straszą zaciekami od soli, bo tam sypie się takie czarne kuleczki jak kozie bobki i też nikt się nie ślizga.

            Kolejna kolacja. Tym razem zapiekanka z ziemniaków, wieprzowiny i miliona warzyw i ziół. Do tego sałatka grecka, do której pan domu zasugerował dołożenie tuńczyka. Spotkało się to z sykiem ze strony kucharki, ale się zgodziła i bardzo ciekawie to smakowało.

            Dzięki łączeniu przez Skype mieliśmy okazję poznać wybrankę serca pana domu, która przebywała w tym czasie w Kijowie i była prosto po powrocie z Majdanu. Mieliśmy Fakty w Internecie, tyle że przekazywane przez urodziwą blond Ukrainkę.

            Kolejnego dnia w drodze na lotnisko rozmyślałem o tym, dlaczego u nas to wszystko się nie udaje? Tutaj każdy ma cztery reklamówki pod zlewem i segreguje śmieci, bo innych nie odbierają, co zresztą okazuje się bardzo łatwe. W Warszawie jest już chyba czwarty przetarg na wywóz odpadów i ciągle większość ludzi wszystko wpycha w jeden worek. Dzieci w szkole uczy się praktycznych rzeczy, choćby jak oddzielić odpadki surowcowe od papieru i plastiku a nie na katechezie jak umyć się octem po stosunku. Zarabia się godziwie, firmę zakłada w trzy minuty siedząc z komputerem na kanapie we własnym domu. Zresztą mnóstwo rzeczy załatwia się przez internet . Ludzie też jacyś ładniejsi chodzą po ulicach.

            Zachwyt mój troszkę się zmniejszył jak kazano mi zdjąć buty na lotnisku i po raz kolejny sprawdzali mi skarpety. Szpara i Emil przeszli normalnie. Nie rozgryzę tego nigdy. Według mnie to Szpara bardziej wygląda na przemytniczkę a zawsze swobodnie przechodzi przez wszelkie kontrole. Mi nawet w Anglii takimi wilgotnymi patyczkami jak do uszu sprawdzają czy nie mam w portfelu śladów narkotyków albo środków wybuchowych. Otóż nie mam.

            Z zakupów na lotnisku też nic nie było, bo musiałbym po powrocie jeść tylko marchew. Zakupiłem jednak hot doga, wodę i najdroższego w swoim życiu batonika. Suma, jaką zapłaciłem za te trzy rzeczy wystarczyłaby na niezły obiad w Warszawie. Szpara kupiła jakieś małe dziwne solone cukierki w cenie kilku polskich bombonierek, bo chciała zjeść coś tutejszego. Po pierwszym miała odruch wymiotny, Emil swojego wypluł natychmiast. Ja ze skąpstwa chciałem je zjeść, ale dałem radę tylko jednego i wyrzuciłem cała paczkę do kosza. Aż tak chytry nie jestem na forsę, żeby jeść galaretowate kosteczki soli, które nie chcą odkleić się od zębów.

- To żeś kupiła cukierki.
- Nie denerwuj mnie.
- Trochę te ceny mnie tu przerażają. Z zakupów szybko bym się tu wyleczył.
- Jakbym do ciebie przyleciała i kazałbyś mi iść do sklepu po produkty na obiad to z biletami lotniczymi taniej byłoby śmignąć po nie do warszawy.

            W samolocie moja ekipa chciała spać, więc usiałem za nimi. Dosiadł się do mnie chłopak, który chwile pogadał o pogodzie i obaj zajęliśmy się lekturą książek. Zdążyłem przelecieć trzydzieści stron i zaczęliśmy schodzić do lądowania.

            Chciałem bardzo, żeby ten stan zachwytu nad miejscem, jakie miałem okazję podziwiać przez weekend potrwało jeszcze trochę, więc dostałem naszym krajem w pysk ze zdwojona siłą
.
            Pierwszy raz leciałem Ryanair, więc zaskoczył mnie dźwięk ryczący z głośników po lądowaniu. Szpara śmiała się już przy oklaskach. Ja byłem zdziwiony.

- Co to za ryk?
- Taki sygnał tu jest po lądowaniu.
- Na serce można zejść.
- Lecisz za trzy dychy, nie narzekaj.
- Nie narzekam, tylko nie wiem, co to oznacza.
- Zaraz przyjdzie ta baba, co sprzedaje koce i patelnie.

            Poczekaliśmy aż ci, którym najbardziej się spieszy skończą tratować się w drzwiach i schodziłem po schodach za panem mniej więcej w moim wieku. Kiedy zszedł już na płytę lotniska rozpiął spodnie i wysikał się na śnieg. Nie rozumiem. Dwie minuty temu był w samolocie a za dwie będzie w terminalu gdzie są łazienki.

            Kolejne zderzenie z krajem już po przejściu przez bramki. Podszedł do nas dziwnie rozglądający się koleś.

- Transport potrzebny?
- Dziękujemy, mamy samochód na parkingu.
- Ja mam taki bilet, że jak mnie państwo wezmą ze sobą to przejedziecie przez bramkę za połowę ceny.
- Zapłacimy całość, dziękujemy.

            Na parkingu staraliśmy się sobie przypomnieć, jaki kształt ma samochód Emila, bo nie chcieliśmy odkopywać cudzego. Widać mocno w weekend padało. Podjechaliśmy jeszcze do supermarketu, bo przed wyjazdem opróżniliśmy swoje lodówki. Kiedy zobaczyłem, że w koszu ze świeżo upieczonymi bułkami młody chłopak grzebie gołą ręką macając, która będzie dla niego najlepsza, odechciało mi się pieczywa. Rozumiem jeszcze starsze osoby, bo kiedyś tego nie było, ale czy młodzi ludzie nie widzą rękawiczek wiszących z boku? Miałem straszną ochotę go opieprzyć, ale stał z dwoma kolegami a ta takie atrakcje po powrocie nie miałem już siły. Nabyłem wino i parówki.

            Wczoraj z polecenia mamy pojechałem do Ikea. Ucieszyłem się, że znowu skandynawsko się poczuje. Miałem kupić lampę, na którą w tym kraju mnie stać. Do śniadania napoje serwowane są za darmo, więc ludzie tam wariują. Kobieta przede mną wcisnęła guzik z kawą, która natychmiast zaczęła lecieć. Postanowiła dopełnić ją mlekiem. Mleko nie leci natychmiast, jak kawa, ale słychać jak jest spieniane. Babsko wciskało guzik raz za razem a ekspres wyświetlał ile porcji mleka jeszcze wyda. Kiedy już jej się przelewało z kubka zwyczajnie odsunęła go od nalewaka i lecące mleko upierdoliło cały ekspres. Przy kolejnej zrobiła to samo. Siedziałem i liczyłem. Wypiła siedem kaw. Mam nadzieje, że jak nie dostała palpitacji od kofeiny to przynajmniej postrała się po tym mleku.


            W Ośle nie do pomyślenia.

4 komentarze:

  1. Już dawno chciałam napisać , że zaglądam i , że mi się podoba.... to jak piszesz.Absolutnie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam podobne wrazenia, od 2 lat fruwam miedzi Szwecja a Polska. Tez zastanawia mnie fenomen zachowan. Po dluzszym pobycie w Skandynawi da sie zauwazyc pewne smiesznostki, male obsesje i tutejsze dziwactwa. Tyle ze on nie wkurzaja, bo nie angazuja emocjonalnie. Co innego Polska. Fajnie piszesz!

    OdpowiedzUsuń