niedziela, 9 sierpnia 2015

WPIS NR 133

            Pani Borowiak, wychowawczyni w klasach jeden – trzy miała zwyczaj pytać naszą klasę: „Dzieci czy wy jesteście mądre czy głupie?” I klasa odpowiadała chórem, zgodnie z jej oczekiwaniami. Ja na cały głos mówiłem „głupie!”

            Nie chodziło mi o to, żeby sprawić jej przykrość, tylko od dziecka nie znosiłem myśleć tak jak wszyscy. Szkoła niestety starała się za wszelką cenę zniszczyć to we mnie na wszystkich etapach edukacji. Bezskutecznie na szczęście. W szkole średniej pani profesor Szaleniec po lekturze każdego wiersza pytała: „Co autor miał na myśli?” Boże, jaką ja miałem ochotę krzyknąć: „Gówno mnie to obchodzi!” Naprawdę. Zresztą myślę, że Mickiewicz gdyby miał okazję pogadać ze mną po lekturze Pana Tadeusza, po prawie dwustu latach, to zapytałby: co czułeś, czy ci się podobało … Ale: Co ja miałem na myśli? (Mickiewicz)

            Jeden z norweskich pisarzy żali się w ostatnim wywiadzie, że szkoła zabiła w nim myślenie praktyczne a wymusiła abstrakcyjne, przez co on zamiast pisać rzeczowo i konkretnie, rozpływa się w opisach. O Boziu, jakiż ten zachód (czy północ) zepsuty. Mnie przez całą edukacje tylko profesor Hołówka traktował poważnie i zaciekawieniem, może dlatego, że to filozof? Moją pracę o Lesbijkach i Eskimosach ocenił na piątkę, ku zdziwieniu kolegów, którzy myśleli, że jej nie oddam.

            Ile bym dał, żeby pozwolili mi się na lekcjach Języka polskiego rozkręcić na cały gwizdek. Pamiętam jak wspomniana pani Szaleniec powiedziała, w trakcie przerabiania Romantyzmu, że jak się jeszcze raz odezwę to wrócę do klasy dopiero na Pozytywizm. A ja tak chciałem się podzielić tym, że Fredro pieprzy aż wizg idzie. Pamiętacie taką zabawę w necie jak grupa podstawionych ludzi stała na przystanku i jak ktoś podchodził to się rozbiegali. Sprawdzali czy pobiegnie jak oni czy zostanie. Mnie właśnie zawsze chodziło o to, żeby nie wybiegać jak wszyscy z tego przystanku.

            Wracając do szkoły. Cała akcja, zaczęła się od tego, że po lekturze jakiegoś wiersza ona miała w planach opowiedzieć jak wzniosłym i wspaniałym uczuciem jest miłość a ja wygłosiłem monolog o tym, że czegoś takiego jak miłość nie ma! Ona na to: To jak wytłumaczyć małżeństwa z pięćdziesięcioletnim stażem? – Przyzwyczajeniem i akceptacją wad - odpowiedziałem. Nie znosiła mnie. Kiedy na maturze ustnej wylosowałem pytanie „Historia dwojga serc, motyw miłości na wybranej parze literackiej” – zamarła. Traf chciał, że było to długo po przerabianiu Romantyzmu i byłem w tym czasie pierwszy raz w życiu zakochany (nastolatkom poglądy zmieniają się często), zacząłem się tak rozpływać o Tadeuszu i Zosi, Wokulskim i Łęckiej i tym, że można się w kimś bezgranicznie zatracić - myślała, że się nabijam. Dostałbym pewnie piątkę z tego egzaminu, gdyby nie pytanie kolejne: „ Poziom wykształcenia ludności gminnej i miejskiej”. Znałem odpowiedź, wiedziałem, że należy wyjaśnić nacisk na przejęcie gospodarki przez dzieci na wsiach i większe parcie na kształcenie w miastach. Stres wziął jednak górę i ująłem to bardziej lapidarnie: „ dzieci na wsi są głupsze”.

- Tak się składa Jakub, że wszystkie trzy jesteśmy ze wsi, komisja stanowiła trzy profesorki.
- To nie pań wina, odpowiedział z karabinu Jakub.

            Staram się nadrabiać to, że kiedyś zabraniano mi się rozpływać i zachwycać, więc teraz zauważam drobiazgi albo sam się ich doszukuje. Nie dalej jak we czwartek spóźniłem się na pociąg z pracy, bo przyglądałem się małemu chłopcu. Chłopiec ciągnąc za sobą mini walizkę w kształcie auta, zamarł po wejściu na lotnisko. Oczy miał (chciałem napisać jak złotówki, ale to norweski chłopiec) jak korony, zrobił się różowy i z bladej buzi zniknęły mu piegi a wszystko za sprawą chmur z drutu, którymi udekorowano lotniskowy sufit. Stał i wpatrywał się jak zahipnotyzowany. Jakże mu zazdrościłem, że coś może go tak jeszcze pochłonąć. Bez refleksji, to mały chłopiec, ale z jaką siłą. Kolejnego dnia zmuszając się do wzmożenia wyobraźni siedziałem w galerii Picassa w Oslo i starałem się zrozumieć serie obrazów zatytułowanych „Gitara”. Myślałem: barwy jak Hiszpania (kojarząca się z gitarą), kształty wręcz przypominające dźwięki. Przypatrując się dłużej zaczynałem słyszeć muzykę, ale wtedy we łbie odezwał się zakodowany chóralny głos wszystkich polonistek: „ Nie filozofuj Sobucki – to są bazgroły”. I zdechło. Ale próbuje.

            Wtedy zawsze się zastanawiam czy to możliwe, żebym ja był normalny a wszyscy nie? Mieliście kiedyś tak, że pomimo słuszności podejmowanej decyzji zaczęliście się zastanawiać nad jej sensem, bo inni mówili inaczej?

            Według Słownika języka polskiego Głupi, to człowiek, nieinteligentny. Inteligentny to zaś człowiek wykształcony. Każdy z nas zna pewnie mnóstwo ludzi wykształconych a durnych i odwrotnie – prostych, bez studiów a z niesamowitą wiedzą życiową i z ciekawym spojrzeniem na świat. Potocznie głupi czy wariat to ktoś odstający od normy (czymkolwiek jest norma) to jak nazwać Kopernika, Skłodowską i rzesze innych, którzy właśnie dzięki temu, że wyłamali się z myślenia, jakie było ogólnie przyjęte osiągnęli sukces i uważamy ich za geniuszy. Przypomina mi się jak Wirginia Woolf grana przez Nicole Kidman w filmie Godziny, jak mówiła do swojego męża Leonarda: „Nikt nie oceni mojego stanu lepiej ode mnie, nawet najuboższy pacjent ma do tego prawo, przez co wyraża swoje człowieczeństwo…” Nie wiem czy dosłownie, bo dvd zostało w Polsce. Może to nie ona wariowała tylko jej otoczenie?

            Przepraszam, że tak mnie ostatnio wzięło na rozważania o tym jak postrzega się inność, ale jak jeżdżę dźwigiem przez pięć dni, w tygodniu w obcym ciągle dla mnie kraju to tak się często zastanawiam nad różnymi rzeczami. Skłodowska chodzi mi po głowie od tygodnia.

            Poprzedni weekend miałem przyjemność spędzić w Kopenhadze. Dzięki gościnności Sylwka i Tomka, mogłem urządzić urodzinowy wieczór w towarzystwie przyjaciół, otoczony pięknym miastem. To też kamień milowy dla mnie w temacie świętowania urodzin. Zamiast imprezy wybraliśmy się na elegancki wieczór w pięknej knajpie i obsługiwani przez bardzo uprzejmego kelnera piliśmy wyłącznie czerwone wino z wypolerowanych wielkich kieliszków. Ale jak to mówią: Mamusię oszukasz, Tatusia oszukasz, ale natury nie oszukasz i kolejnego dnia z Sylwestrem w mniej wyszukanym lokalu urżnąłem się tak, że wróciłem do domu z obtartym kolanem. Ale dlaczego o tej Skłodowskiej? Sylwek jest nią zafascynowany, czyta wszystko, co się da, książki, net i opowiada. Zaraził mnie i jeszcze więcej zacząłem myśleć o ludziach, którzy poszli pod prąd. Mieszkałem z nimi w trakcie studiów (Sylwkiem i Tomkiem, nie małżeństwem Curie) i jesteśmy sobie bardzo bliscy, dlatego w odróżnieniu od Oslo, w którym nikogo nie znam jeszcze na tyle, żeby nie musieć zupełnie się kontrolować podczas rozmów, postanowiłem coś sprawdzić. Otóż, jeżeli są rzeczy, przez które myślimy, że jesteśmy nienormalni, inni czy głupi, zapytajmy o to znajomych. Tylko nie takich z pracy, bo powiedzą, że ten z dźwigu jest pierdolnięty, tylko takich super zaufanych. No więc posilony kilkoma butelkami wina wyznałem Sylwkowi, że nie wiem czy to infantylne, ale jak jadę dźwigiem i czuje, jaką mam władzę, moc i siłę i to, że ta wielka, ciężka maszyna się mnie słucha, sprawia, że czuje że jestem wyższy i mam większego siurka. Na co ku mojemu zaskoczeniu Sylwek powiedział, że to zupełnie normalne. On tak ma jak prowadzi auto (chyba zrobię prawo jazdy). Ileż ja się gryzłem, że to głupie. W tygodniu po powrocie zauważyłem jeszcze inną prawidłowość na budowie. Mianowicie wylewanie betonu skupia wszystkich facetów. Nie ma znaczenia, czy jesteś inżynierem, stolarzem czy hydraulikiem. Kiedy murarze zalewają jakąś wielką, uzbrojoną prętami formę, rzadkim betonem, z rzygającej rury wszyscy zamierają, stoją i patrzą. Coś w tym jest z dzieciństwa, ten odgłos ciapciania lepkiej brei kojarzy się z błotem i dobrą zabawą, przynajmniej mnie. I co to znaczy, że wszyscy są wariatami albo dziecinni? Może. Tylko nikt o tym głośno nie powie. A powinni.

            Wracając do Pani Borowiak, moja matka będąca w owym czasie w trójce klasowej. Wyjaśniam młodszym czytelnikom, że kiedyś w klasach był przewodniczący, zastępca i skarbnik. Podobnie było na wywiadówkach, ale to się nazywało Trójka rodzicielska. Zdzisława w przypływie jakiegoś społecznego zrywu zgłosiła się i chciała pomóc. Trzeba Wam wiedzieć, część już wie, że była w owym czasie kierownikiem największego spożywczego sklepu, przez co miała takie wpływy jak teraz Leszek Czarnecki. Więc moja matka, mająca dostęp do konfekcji wszelkiej zaproponowała i sama nabyła pikowany, poliestrowy, zielony szlafrok na dzień nauczyciela. Zrobiła to w dobrej wierze, ponieważ tego nigdzie nie można było dostać, a ona mogła. Zresztą sobie kupiła identyczny. Rozrywając szary papier z kokardą pani wychowawczyni skwitowała: „ Jednak ma pani pewność, że dzięki pani synowi i jego kolegom trafię do szpitala”. Moja prosta i serdeczna matka, która chciała sprawić jej przyjemność, nie miała pojęcia, że trafiła w dychę, bo pod koniec roku Pani Borowiak przeszła załamanie nerwowe. I niech ktoś teraz powie Zdzisławie, że nie trafiła z prezentem?

            Tak wiec Droga Pani Borowiak. Kuba z pierwszej ławki nadal w pani rozumieniu jest „głupi”, i wcale z tym nie walczy.

P.s.
Przed chwilą zszedłem na fajkę pod blok, żeby jak zawsze pogadać z sąsiadką z dołu, do której przyjeżdża na weekendy gach. Kiedy mnie przedstawiała, powiedziała miedzy innymi Jacob jest z Polski, na co on zapytał: masz jakieś fajki albo alkohol do sprzedania? Silnie został zrugany przez wybrankę a ja wróciłem do mieszkania.


Nigdy Nie generalizujcie ludzi. Każdy jest inny.

5 komentarzy:

  1. Czytam Cię, bo lubię;-)
    Jak mawiają "wszyscy jesteśmy chorzy, tylko nie zdiagnozowani", więc nic się nie bój;-0
    Nie wiem co Autor miał na myśli, ale co ja tam wiem;-0
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyjaciolka podeslala mi twojego bloga. Obojr jestescie wiec winni zapluciu przeze mnie monitora w pracy. Chyba sie podlacze z pocztowkami ze Szwecji:) /rowniez niezdiagnozowana

    OdpowiedzUsuń
  3. Sobucky, normalnie codziennie zaglądam z nadzieją na nowy wpis a tu d...okładnie to samo co pół roku temu. Jak nie ma zamiaru kontynuować to niech napisze "THE END" i da człowiekowi popłakać i się pogodzić z życiem bez wariatów :( No! Mój pierwszy wpis wystosowałam nareszcie choć przeczytałam od deski do deski. Introwertyka zmuszać do takiego wysiłku to jest po prostu skandal ;P

    OdpowiedzUsuń