sobota, 10 listopada 2012

100,4!


Na siłowni znowu przyszedł czas na pomiar składu masy ciała. Wyświetlane kolejno wyniki na migającej tablicy zaskoczyły w równym stopniu mnie i objaśniającego je trenera. Patrzyłem przed siebie a On w te wyświetlacze, więc jak mnie zapytał nie rozumiałem, o czym mówi:

- rany, jak ty to zrobiłeś?
- co?
- ważysz ponad siedem kilo więcej od ostatniego pomiaru
- oj

Były pewne przesłanki, że coś może być nie tak. Kiedy szykowałem się na grobbing i szukałem koszuli, dwie pierwsze się nie dopięły. Obwiniałem za to producentów proszków do prania, które niszczą moje ubrania, kurcząc je i może w niewielkim stopniu firmę Wawel SA, producenta czekolady Kasztanki, sprzedawanej w promocji w uniwersamie Grochów. A tu proszę, okazało się, że proszki są ok., za to właśnie Wawel jest sprawcą mojego upodlenia i obiektem mojej zemsty musi zostać.

Do myślenia dało mi także piątkowe spotkanie w tramwaju z moim uczniem z liceum na Saskiej z czasów, kiedy w ramach praktyk pedagogicznych, prowadziłem tam zajęcia z PO przez dwa tygodnie:

- dzień dobry
- dzień dobry
- ale pan przytył
- dziękuje
- białeczko?
- nie, kartofelki
- ja wolę pączki
- miłego dnia.

Podły szczeniak. Dziwnie na mnie patrzył, a trzeba Wam wiedzieć, że w tramwaju linii 9 należy wyjątkowo uważać, bo według raportu Zarządu Transportu Miejskiego to właśnie na tej trasie a nie jak dotychczas w 175 najczęściej okradają ludzi.

Siedem kilo to jest jednak sporo pracy, zwłaszcza, że pomiędzy poprzednim a ostatnim mierzeniem był sezon rowerowy. Przez cały okres, kiedy jest ciepło i sucho nie korzystam z komunikacji miejskiej a i w weekendy przez cały dzień jeżdżę na rowerze, więc skąd?.

Naprowadził mnie ostatni konkurs Gazety Co Jest Grane, na najlepsze jedzenie w Warszawie, podawane na stojąco. Zdałem sobie sprawę z tego, że kiedy jestem tak wygodnie mobilny jak na rowerku, lubię odwiedzać przybytki ze smakołykami. Ale jak tu nie zajechać na coś smacznego, jak ja po drodze mam:

Bar na stojąco, naprzeciwko ministerstwa finansów, gdzie wszystko podają z bemarów a nie napromieniowane mikrofalą a kotlet mielony jest wielkości dłoni, do tego kompocik zamiast coca coli.
 Później sok z marchewki i jabłek na Nowym Świecie i kawałek dalej rozdarcie serca czy dawać zarobić Gesslerowi, który podobno okrada miasto, czy nie?, ale kanapka z awanturką w bułce pełnej masła kusi silnie.

Dalej wjazd na starówkę i gofry z dżemem i śmietaną, które smakują tak jakby jeść chmurę na waflu, za każdym razem kuszą jak po trawie.

Obok od lat sprzedawana bułka z gorącym farszem z pieczarek, parząca podniebienie, ale pachnąca smażoną cebulką.

Nie bardzo rowerowa restauracja, ale za to z pyszną żydowską kuchnią jest Pod Samsonem. Pozwalają przypiąć pojazd do płotu i zjeść kawior po żydowsku z siekanej wątróbki z jajkiem i być obsłużonym przez fantastyczne kelnerki, wiedzące lepiej od ciebie, na co masz ochotę. Zamówiłem tam kiedyś sałatkę, na co kelnerka się uśmiechnęła i powiedziała: taki chłop i sałatkę?, po czym przyniosła mi zrazy z kaszą.

Stamtąd zjeżdża się po kamiennej drodze do parku fontann na napoje z szaf na monety i hotdożki z parującego wózka. Powrót do centrum i starter: mini kebab, takie zawiniątko z mięskiem na Jerozolimskich.

Zauważyć należy prawidłowość w zdrabnianiu nazw potraw, co jednocześnie wiąże się z wyniesieniem ich na wyżyny ambrozji. Hotdożek smakuję o wiele bardziej niż hot dog a kompocik czy kisielek zachęcają dużo mocniej niż kompot i kisiel. Artur jak spotyka się ze mną na najlepszą jajecznice w warszawie, rozrzewniony zawsze prosi o dodatkowe masełko.

Ale wracając do pedałowania. Dalej jedziemy na plac Zbawiciela i możemy spokojnie postawić rower między stolikami Charlotte, a zjeść możemy tu już naprawdę wszystko, od granoli i omlecika rano, po popołudniową kanapeczkę z butelką wina za dwadzieścia dziewięć zeta, tylko po tym trzeba wolniej jeździć.

Belgijskie frytki na polnej każą na siebie czekać tak długo, że jak krążymy sobie rowerkiem po chodniku praktycznie spalamy to z Charlotte. I ruszamy dalej Puławską, najpierw Grycan i lody makowe, pięć minut pedałowania bicyklem i jesteśmy w Burger Barze.

Wszystko świeże jak na polanie, trzeba czekać na kanapkę czterdzieści minut, ale mało, że bułki wypiekają na miejscu to za tą budą zabijają chyba krowy, bo ta świeżość aż pachnie, dodatkowo tam często siedzi Maria Peszek i pilnuje roweru jak pójdzie się wysikać za budą, te lody makowe.

Nasyceni hamburgerkiem i nachosami, jedziemy znowu do centrum.

 Na chmielnej zupa ze ściery. Nazwana tak przez Szparę zupa Pho, bo jak poszliśmy tam pierwszy raz w czasie dwudziestostopniowego mrozu, otworzyła tylko drzwi i zamknęła mówiąc, że śmierdzi tam brudną ścierą. Teraz zapach wydaje nam się upojny i możemy tam przesiadywać non stop, wyławiając pałeczkami chrupiące pierożki z gotującego wywaru.

Obok, na deser, ciepłe pączki. Na Nowym Świecie pieczony kartofelek z gzikiem, żeby mieć siłę na przeprawę przez most do domu.

Po drodze, żeby nie zasłabnąć zajechać należy do Wurst Kiosku, na niemiecką kiełbaskę curry z małymi fryteczkami, można tam też specjalnym żelem odkazić sobie ręce, co na rowerze jest bardzo istotne, a niegrzecznie byłoby tak sobie umyć łapy nic nie zamawiając, więc kiełbaska jest jak znalazł. Poza tym jak stoi w okienku młody koleś to człowiek czuje się tak dopieszczony jakby kupował Rolls Royce’a.

Posileni pachnącym tłuszczykiem we flaczku jedziemy sobie malowniczymi uliczkami Saskiej Kępy uważając na barierki pomalowane na szaro, których nie widać po zmroku i uważamy, żeby nie wyrżnąć na pysk. Zajeżdżamy do ToTu, małego barku prowadzonego przez miłą chińską parę.
Nie mówią po polsku, nie mówią po angielsku, ale nie na pogaduchy tam przybywamy, aldentne pierożki o tysiącu nadzień w oryginalnym kształcie sakieweczki nie dają się zapomnieć. Moje ulubione z mięsem pan lepi na oczach gości i wstawia w bambusowym koszyku na parę. Przy akompaniamencie ludowej muzyki chińskiej puszczanej na przemian ze Szwagierkolaską oczekujemy na swój koszyczek. Pierożka takiego należy docisnąć językiem do podniebienia, żeby pozwolić na wypłynięcie gorącego płynu, jaki wytworzył się w środku – nieuniknione – jak mówi Brad Pitt.  

Jak widać lubię jeździć na rowerze, więc za jakie grzechy mam teraz zamienić oglądanie „Ugotowanych” na „Mam piętnaście lat i ważę dwieście kilo”?.

Do zgłoszenia kilku swoich ulubionych miejsc z przekąskami zachęcił mnie wpis na forum konkursu. Jakiś bardzo szczery chłopak napisał: „Polecam kebab Sapaya przy dworcu Centralnym, kurczak zawsze spoko, choć raz porządnie się po nim posrałem.” Trudno o bardziej szczerą ocenę, jednakowoż klientów cierpiących na zaparcia może to jednak skusić.

 W tej materii moje doświadczenie sięga dzieciństwa. Nigdy nie umiałem wymiotować i jak już zjadłem za dużo, uwalniałem to z południowej strony. Zaczęło się przygodą z moim kuzynem, kiedy to, jako mały chłopiec jeździłem z Kalisza na wakacje do Szczecina i z Wojtkiem równie żartym jak ja ruszaliśmy szlakiem gastronomii szczecińskiej. Kieszonkowe pozwalało nam odwiedzić Mc Donaldy i Pizze Hut, których w Kaliszu jeszcze wtedy nie było a na deser doprawiliśmy się pasztecikami z mięsem podawanych z kubkiem barszczu, których w Kaliszu nie ma do dziś. Ja narobiłem w spodnie gmerając kluczem w drzwiach domu, Wojtek już w środku.

Kolejna tego typu przygoda spotkała mnie po indyjskim obiedzie rok temu. Nie trawię mleka, ale uwielbiam. Sosy w tej knajpie podrasowane były mleczkiem kokosowym i kiedy już byłem blisko domu zaczęło się bulgotanie w brzuchu. Stałem na pustym parkingu kontemplując niebo, bo wiedziałem, że jak ruszę nogą to będzie po zawodach. Do klatki miałem dwadzieścia metrów i przemierzałem tę trasę po kilka kroków przez trzydzieści minut. Wszedłem do windy i wjechałem na swoje piętro, kiedy się otworzyła zobaczyłem, że stoją tam ludzie, ale nie mogłem wysiąść, bo jak ruszyłbym nogą byłby koniec. Ludzie stali przyglądając się, co robię, drzwi się zamknęły i zjechałem na dół. Kiedy wjechałem po raz kolejny ludzi już nie było. Drzwi otworzyłem w mgnieniu oka i siadłem na sedes jeszcze w czapce i szaliku.

Ale wracając do fatalnej informacji z ostatniego treningu. Jest to dla mnie zagadką, bo nie mam już cycków i dużego brzucha, widać mi kolana, to gdzie podziało się to dodatkowe siedem kilo?. Żeby ukoić skołatane serce, po treningu udałem się, na rowerze!, na belgijskie frytki na Polnej, ale małe i bez sosu.

Nadal pedałując, pozałatwiałem wszystko na mieście i wylądowałem w porze obiadu w barze obok mojego domu. Zachowanie Pań na miejscu od jakiegoś czasu pozwala mi uważać, że jestem już na Pradze uznawany „za swojego”. Wypracowanymi technikami dają mi tam do zrozumienia, co należy jeść, bo świeże a czego ruszać nie powinienem. Pani od niedawna pomaga mi składać zamówienie:

- dzień dobry, poproszę kaszę z gulaszem
- a może klopsiki?
- ok., i do tego…
- buraczki
- dobra, a do domu na kolacje wezmę…
- rybę po grecku
- bardzo proszę.

Jak to na Pradze klientela zawsze wyjątkowa. Oczekując na swoje świeżutkie zamówienie obserwowałem ludzi. Po mnie zamówienie składał mega chudy Dres. Tak chudy, że spodnie miał wpuszczone w skarpety, które pogrubione nie pozwalały spaść butom. Podszedł do lady i zamawia:

- pierogi poproszę, z mięsem
- ile?
- za piętnaście złotych
- surówka?
- nie
- gotowane?
- smażone!!!

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Ja jem kaszę z buraczkami i ważę sto kilo a On żre smażone pierogi a jak silnie wieje musi zostawać w domu. Trzeba Wam wiedzieć, że ceny na Pradze mają się inaczej do tych w centrum i za piętnaście złotych dostał ten szczeniak dwie tacki pachnących i ociekających tłuszczem, chrupiących kluseczek.

Przy następnym stoliku para. Laska, look oazowy, w bluzce i spódnicy w stylu „jestem łąką” z torebką z włóczki na dwumetrowym pasku. On – narciarska kurtka i polarowa czapka, a jest to bar z normalnym gotowaniem, więc temperatura jest tam jak w lipcu. W pewnym momencie Ona wyciąga z tej torebki kalarepę:

- po co Ci to?, Pyta On
- śliczna prawda?
- będziesz to jadła?
- nie wiem, ale tak zdrowo wyglądała.

Ja rozumiem, że są ludzie, którzy nie widzą w jedzeniu przyjemności. Traktują je jak paliwo, które należy dostarczyć do organizmu. Czasami nawet im zazdroszczę, ale żeby kupować kalarepę ze względu na jej walory estetyczne, tylko po to, żeby nosić ją w torbie – nie ogarniam.

Wracając do bilansu mojego ciała, jaki mi wydrukowano. Tym razem mam silniejszą lewą rękę i prawą nogę, skąd?, nie wiem. W nogach mam po trzy kilo nadwagi, co pozwala mi dobrze myśleć o przyszłorocznym biegu. Jak dałem radę z dodatkowymi sześcioma kilogramami, to jak zrzucę polecę jak Szewińska. W rękach po 1,3 kg tłuszczu, ale to ładnie wygląda, to niech zostanie. Najgorzej na wykresie prezentuje się korpus, 17,5 kg, za dużo. Może dałoby się to jakoś ociosać?.

Jest Was tu coraz więcej, za co dziękuję.
Biorąc Was na świadków, przyrzekam – do świąt zrzucę, co najmniej pięć kilo.

Poza treningami zapisałem się na niedzielne zajęcia o obiecującej nazwie Fat Burning. Kuszą mnie jeszcze takie o nazwie Aeroboxing, ale obawiam się, że nie będzie tam nic o lataniu.

Jeżeli nie dotrzymam słowa, za kare nauczę się choreografii z nowego teledysku Lenki dla Windows i słów do Gangam Style. 

Za narodem zapytuję dodatkowo:
Panie Premierze – jak żyć?
Mariolu Bojarska Ferenc – jak ćwiczyć?
Moniko Walecka – jak jeść?
Kasiu Cichopek – spieprzaj!

p.s.

Poszedłem w czwartek oddać krew. Dostałem kartonik czekolad z napisem „Dziękuję, że dzielisz się ze mną cząstka siebie”. Jak teraz przechodzę obok lodówki to on mnie woła, pewnie po to, żeby podzielić się ze mną cząstką siebie. Najwyżej jeszcze dołożę bieganie.

7 komentarzy:

  1. fajne bardzo, dzis zrobilem sobie podobna rundke po barach tyle ze taksowkami i na piechote. podczas przejazdu przez Plac Przymierza wpadnij na Zepiekansy, Meksykanska 3 od strony carrefoura. pzdr maciej nowak

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgłodniałam trochę, czytając. Ale dziś mogę, -1000 kcal po biegu za niepodległością ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. lody makowe Grycana! tak tak tak też tam na nie wpadam, chyba trochę za często... :) ale są takie pyszne ;) najwyżej żeby schudnąć możemy się przerzucić na ich sorbeciki - arbuzik tez pyszka ;>

    OdpowiedzUsuń