niedziela, 26 maja 2013

ZŁA ŻONA, ZŁY SĄSIAD, DIABEŁ TRZECI – JEDNEJ MATKI DZIECI.


Jak dobrze mieć sąsiada,
Jak dobrze mieć sąsiada,
On wiosną się uśmiechnie,
Jesienią zagada.
A zimą ci pomoże
Przy węglu i przy koksie
I sama nie wiesz, kiedy
Ułoży wam rok się.

            Tak śpiewały Alibabki. Jest to tekst nieprawdziwy, dlatego pewnie się rozpadły. Jakby znały dziada z końca mojego korytarza to nie ośmieliłyby się tego nawet wyszeptać a co dopiero śpiewać.

            Sąsiad jednak jest ważny. Gdyby nie sąsiad nie wyszedłbym ostatnio z domu jak uwięziłem się zatrzaskując na zewnątrz klucze. Ja swoich najlepszych miałem, kiedy mieszkałem z rodzicami. Zresztą podobno część z nich czyta, to co piszę. Będę musiał w święta wychodzić z psem w kapturze. Opisałem ich w poście LITEWSKA 1. Tam oczywiście nie ma wszystkich, bo to barwny blok jest, ale może jeszcze kiedyś wrócę do tego tematu i przyłożę się do niego staranniej.

            Odkąd nie mieszkam z rodzicami miewam sąsiadów najróżniejszych. Opieram się zasadzie warszawskiej, że nie ma konieczności znać mieszkańców za ścianą i poprzez mówienie „dzień dobry” siedem razy na dzień zmuszam ludzi do rozmów.

            Przez szereg mieszkań, jakie już zajmowałem w stolicy poznałem cała masę interesujących ludzi. Na Woli była pani Kamera z mężem kryminalistą. Ona z tych „Jak mnie nie ma w oknie to jestem przy wizjerze”, wścibska i wredna jędza. On wytatuowany niczym brudnopis zamienił słowo ze mną tylko raz. Okazało się, że w tym bloku jest konkurs: „Kto wywiesi większą flagę pierwszego maja”?. Nabyłem sztandar o numer mniejszy od tego z placu Piłsudskiego a mieszkający wówczas ze mną Artur skonstruował najdłuższy w bloku maszt. Mieszkaliśmy na ostatnim Pietrze, dlatego najlepiej z góry widzieliśmy, jakie starania podejmują ludzie żeby ich chorągiew była najdalej wysunięta z balkonu. Konstrukcje były pomysłowe, bo taki łopoczący materiał musi być solidnie obciążony, żeby nie odfrunął. Jako przeciwwaga, jednym służyła blaszana wanna innym wiadro z wodą. Artur powiedział, że w tym spektaklu udziału brał nie będzie, ale mnie podburzał, zresztą zrobił tego pagaja. Kiedy poszedłem to montować, z balkonu niżej wychylił się wydziergany pan Kamera:

- Ale drąg to ma pan słuszny.

            Nie było już żadnego konkursu. Wygraliśmy w cuglach.

            Kamera musiała wiedzieć wszystko. Wścibska była wyjątkowo i gdy tylko ją coś trapiło a trapiło ciągle, potrafiła zapukać do domu mieszkających od tygodnia obcych ludzi i uzupełniać wiedzę. A czy ten pan, co panu wynajął to się już wprowadził do nowego?, czy jego mamusia jeszcze żyje?, pan student?, ma pan samochód?, ile tu będzie mieszkało osób?...

            Ja te pytania lubiłem, Artur nie znosił. Nie żebym jej kiedyś powiedział prawdę. Wymyślałem najbardziej atrakcyjne głupoty i patrzyłem, kiedy oczy wyjdą jej z orbit?. Kiedyś w jakimś szale ćwiczeń Artur nabył orbitreka. Wielkie to było strasznie i okropnie ciężkie. Targaliśmy ten karton od ciężarówki, bo nie dało się go nieść. Kamera tak się wychylała, że chyba tylko przywiązane nogi nie pozwoliły jej wypaść przez balkon. Nam było strasznie ciężko i nie mieliśmy ochoty na dyskusje ze wścibskim babskiem. Jednak ciekawość robiła swoje, bo cóż może skrywać prawie trzymetrowy karton, który tak strasznie ciąży tragarzom?. Kiedy docieraliśmy do klatki nie wytrzymała:

- Co panowie kupili?.
- Telewizor!.

            Odwarknął jej Artur.

            W kolejnym mieszkaniu za sąsiadkę miałem nauczycielkę. Robiła codziennie dokładnie jedenaście kroków od windy do swojego mieszkania, w środku jeszcze trzy i ściągała buty. Nie jestem nienormalny i nie liczę kroków, ale klatka była marmurowa a ona te obcasy miała chyba metalowe i nie dało się tego nie słyszeć, więc z ciekawości czasami liczyłem. Ona zresztą w ogóle była głośna, zwłaszcza podczas sexu. Blok miał w środku dziurę, to się chyba nazywa atrium. Akustyka w tym jest taka jak w teatrze greckim i kiedy ktoś wychodzi na balkon porozmawiać przez telefon, słyszą go wszyscy tak jak swój telewizor.

            Kiedy pani nauczycielka zaczynała zabawy z małżonkiem nagle wszyscy wychodzili na papierosa i w ciemności pojawiało się coraz więcej ogników od fajek. Darła się ku uciesze palaczy. Raz po skończonym pożyciu przez ich otwarte drzwi balkonowe słuchać było, że zaczęła lać się woda. Małżonek poszedł pod prysznic. Kiedy ku radości słuchaczy raz jeszcze pani ryknęła:

- Dobrze ci było misiu?!.
- Zajebiście!

Odpowiedział ktoś z innego balkonu.

            W bloku, w którym mieszkam teraz zestaw też jest osobliwy. Poza dwiema czarnymi dziewczynami, z którymi wymieniam „czeszcz” w windzie i dresa od dużego psa z ósmego piętra znam tylko tych z mojego korytarza.

            Pierwsze dwa mieszkania zajmuje wścibska baba. Jedno mieszkanie ma naprzeciwko drugiego. Jak coś długo robi się na klatce, nagle przechodzi i gapi się łapczywie. Uzależniając tempo przejścia od atrakcyjności tego, co dzieje się na korytarzu. Jak tylko czyścisz buty to przemknie jak pocisk, ale kiedy trafi jej się atrakcja w postaci pijanego sąsiada, albo sprzątanie rozbitego soku to powłóczy nogami tak wolno, że półtorametrową odległość od jednych drzwi do drugich pokonuje tak, że gdyby robiła to odrobinę wolniej cofnęłaby się do tyłu.

            Zestaw lokatorów z tego korytarza to bardzo ciekawa grupa. Trzy singielki koło siedemdziesiątki, jeden ponury dziad, też singiel, ci od dziecka, którzy mnie uratowali i ja.

            Pierwszej baby, tej od inwigilacji serdecznie nie znoszę. Wścibska, wiecznie niezadowolona z całego świata i ze skręconym pyskiem.

            Przychodzi do niej córeczka, chyba moja rówieśniczka, nieodrodna kopia mamusi. Zawsze w tej samej bluzie, z której wylewa się szara gęba, permanentnie obrażona. Podejrzewam, że niewiele ma w życiu radości, bo zła praca, wszędzie drogo i jeszcze rząd nas okrada. Pracuje pewnie w zakładzie fryzjerskim „Fryzury rozmaite, awangardowe i artystyczne”, zamiatając włosy bab, których nieskrywanie nienawidzi. Jako akompaniament od rana do wieczora ma Italo disco z radia Złote Przeboje a pod nogami gumolit. Po powrocie do domu relaksuje się przy serialach z Antonim Pawlickim, w których czterdziestoletnie bohaterki zmieniają swoje życie znajdując ciekawą pracę i zachodząc w ciąże. W nocy słucha utworów Tośki Krzysztoń i poezji śpiewanej, je czekoladę ubrana w umazaną piżamę, po której biegają małe kotki. Marzy o poznaniu kierowcy łudząco podobnego do Colina Farella z Audi na rejestracjach Nowego Dworu Mazowieckiego, które mija ją czasami na przejściu i z którego dobiegają piosenki Zauchy. Inicjacje seksualną przeszła w wieku lat dziewiętnastu z opakowaniem dezodorantu Limara. Do dziś ma sentyment do kosmetyków wszelkich. W kieszeni nosi zawsze żel antybakteryjny, którego głównym składnikiem jest paranoja. Wciera to w łapy za każdym razem, kiedy dotknie klamki w sklepie, rurki w autobusie albo guzika w windzie.

            Tak ją widzę, ale niewiele o niej myślę. Zresztą wcale jej nie znam.

            Siedzą tak z mamusią w weekendy i nakręcają się na cały świat. W ich mieszkaniu kumuluje się wtedy całe zło a energia z tego mogłaby oświetlić Warszawę przez tydzień i to w czasie Euro. Są zgodne w tej zajadłości i rozumieją się bez słów. Problem pojawia się tylko jak coś dzieje się na klatce, bo obie łba do wizjera nie zmieszczą, więc najczęściej wychodzą. Razem trzepią ścierkę, poprawiają wycieraczkę i patrzą się zachłannie. Zainteresowane, co dzieje się u innych ludzi, wiodących ciekawsze i pełniejsze życie od ich nudnej egzystencji. Ci oni, ludzie, oczywiście kradną, bo niby skąd mieliby mieć na te błyszczące buty, torby pełne zakupów i perfumy, których zapach niesie się za nimi po klatce?.

            Przysięgam Wam, że nie trzeba z nimi rozmawiać, żeby to wszystko wyczytać z tych pozagryzanych warg.

            Kolejną sąsiadką jest fanka sprzątania. Bardzo często ma otwarte drzwi na korytarz, bo najwyraźniej lubi dzielić się z ludźmi mieszaniną zapachu gotowanej kapusty i lizolu, którym myje podłogę. Ta przynajmniej zawsze mówi dzień dobry i jak pominie się odór jest nieszkodliwa.

            Po jakiejś imprezie zimą obudziłem się z silnym kacem. Wtedy najlepiej jest najeść się wszystkiego, na co tylko ma się ochotę, umyć zęby i wziąć prysznic. Niestety w lodówce zamiast karnawału był post i z głową wielkości dyni należało pójść na zakupy. Zwlekłem się z łóżka, wykapałem i zjechałem windą na dół. Drzwi się otworzyły a za nimi stał potwór.

            Wielki kudłaty stwór. Cały ociekający czarną breją. Racice parzyste, dwie na górze, dwie na dole. Stał jak wryty, podobnie jak ja. Wbijałem się plecami w lustro na tylnej ścianie kabiny licząc na to, że drzwi się zamkną i ucieknę wysiadając na innym piętrze. Drzwi niestety jakoś nienaturalnie długo pozostawały otwarte. Wiedziałem, że jest to kara za balowanie co weekend, oglądanie „Prawo Agaty” po nocach, zamiast spać, nabijanie się z rudych dzieci w szkole i wkładanie palca w krem na ciastkach w spożywczaku u Zdzisławy (też w dzieciństwie). Zeżre mnie teraz to coś, albo porządnie okaleczy.

            Przyjrzałem się dokładniej. Kałuża pod nim robiła się coraz większa, bo z sierści kapało teraz mocniej gęstym błotem, pewnie temperatura w bloku tak działała w odróżnieniu od tej na zewnątrz. Jak zaczynałem oswajać się z widokiem i godzić z losem spostrzegłem, że łapą trzyma potworątko. Równie umazane, troszkę mniej kudłate. Nagle u dużego, wśród brudnych kłaków w ich górnej części pojawiły się dwa ślepia, wielkie z silnie kontrastującymi białkami. Wpatrywały się we mnie głodne i trochę jakby zdziwione. Dodatkowo otworzyła się paszcza, łatwa do rozpoznania po różowym wnętrzu:

- Tir nas proszę pana ochlapał, futro całe mam unorane jak gnój. Pan wysiada czy co?.
- Wysiadam oczywiście. Przepraszam.
- Chodź Sandruniu, babcia cię umyje.

            To była ta pani od lizolu, ale nie mam jej tego za złe. Teraz się lubimy.

            Trzecią, tę która mieszka najbliżej zsypu lubię najbardziej. Zawsze jest uśmiechnięta i pachnie zupą. Opowiada mi jadąc windą o tym, że gotuje dziś żurek i jaką cenę osiągnęły na rynku rzodkiewki. Jest wielką fanką zdrapek i za każdym razem gorąco zachęca mnie do włączenia się w tę zabawę. Ostatnio wydrapała dwa piżmowoły w zdrapce Miś, za co zainkasowała pięćdziesiąt sześć złotych. Marzeniem jej jest wydrapanie trzech wilków. Pojedzie wtedy do ciepłych krajów i kupi sobie nowy kredens do kuchni. Jest ogromną optymistką. Wszystko potrafiłaby przekuć w sukces. Jakby zleciała ze schodów to pogratulowałaby sobie tempa i ucieszyła z uzyskanego zapasu czasu. Bardzo jej życzę tych trzech wilków.

            Dziad mieszka z psem na końcu. Z nikim nie rozmawia, nie odpowiada nawet na powitania. Dolna szczęka zachodzi mu na górną tak jakby sam chciał siebie zjeść. Pies chodzi tak samo ofuczony, szczękę też ma jak pan. Na dzień dobry nie reaguje nigdy, nawet jak mówi mu się prosto w twarz (panu, nie psu). Przechodzą tylko kilka razy dziennie do windy i z powrotem.

            Ci od dziecka są prawie nieobecni. Pytałem ich kilka razy czy nie słucham za głośno muzyki, albo telewizji?. Nic im nie przeszkadza. Czasami nad ranem słychać tylko dziecko, ale nawet ono jakoś skromnie daje o sobie znać. Nigdy nie zapomnę im, że uratowali mnie z uwięzienia.

P.S.
            Przypomniało mi się jeszcze o pierwszej sąsiadce mojej siostry. Zaraz po ślubie Izka z mężem mieli za sąsiadkę panią Styś. Ja tej kobiety w życiu nie widziałem, ale weszła ona do naszego życia na stałe, choć oni od tego czasu mieli już dwa inne mieszkania.

            Jeżeli ktoś w naszym domu do czegoś nie chce się przyznać, albo nie może znaleźć winnego, obciąża panią Styś.

- Kto zjadł ostatni kawałek ciasta?.
- Stysiowa.
- Gdzie jest rura od odkurzacza?.
- U Stysiów.
- To ty tak nabłociłeś przed drzwiami?.
- Nie, Stysiowa.

środa, 22 maja 2013

PRISON BREAK


Weekend upłynął wzorcowo. Pogoda była piękna, atrakcji całe mnóstwo i nic nie zapowiadało, że zakończy się tak fatalnie i nerwowo.

            W piątek i sobotę miałem prawdziwy i ciężki trening, na który w tę i z powrotem pojechałem na rowerku. Bardzo byłem zadowolony z tej aktywności fizycznej. Wieczorem noc muzeów. Zaczęliśmy od koncertu Celińskiej, w zastępstwie, której wyszedł jakiś dziad i zaczął ryczeć. Spacer po Łazienkach oświetlonych świecami i kolorowymi reflektorami skierowanymi na drzewa był i tak udany. Później kolacja jedzona na kolanach siedząc na chodniku i przejazdy zatłoczonymi środkami komunikacji. Uwielbiam Warszawę w tę noc. Niczym nie odstaje wtedy od Berlina czy Paryża. Wszędzie wesoły i kolorowy tłum, rowery i pełne knajpy. Zaliczyliśmy jeden klub taneczny i drugi taneczny trochę mniej. Zakończyliśmy wszystko śniadaniem. Najwytrwalsza trójka miłośników żywności i żywienia zajadała się tatarem z jądrem przepiórzęczym o szóstej rano. Jako atrakcję do śniadania (jedzonego dzięki uprzejmości znajomego managera, mimo zamknięcia lokalu) mieliśmy walkę dresów na chodniku w pełnym już słońcu.

            Poimprezowa niedziela upłynęła na wycieczce rowerowej. Starówka, Nowe Miasto i Park Fontann. Nie potrafię zrozumieć polityki rowerowej tego miasta. Włodarze, jeżdżący samochodami, którzy na rowerze byli ostatnio pewnie dwadzieścia lat temu wymyślają coraz to ciekawsze atrakcje dla cyklistów.

            Remontowane bulwary nad Wisłą (oczywiście tylko w dniach i godzinach roboczych) mają objazd w postaci czterdziestocentymetrowego chodnika, obok którego biegnie Wisłostrada. Jak trafi się rowerzysta i kobieta z wózkiem to jedno zmuszone jest do popisów akrobatycznych albo zgoła latania. Na trasę Łazienkowską rowerem wjeżdżać nie można w ogóle. Nie wiem dlaczego, bo jest tam bus – pas, na którym zmieściłyby się i autobusy i rowery. Ja mieszkam po jednej stronie mostu Łazienkowskiego, siłownie i pracę mam na jego drugim brzegu. Nie będę nadrabiał siedmiu kilometrów, żeby jechać przez inny most, więc zgodnie z poleceniem rower przez rzekę przewożę autobusem. Jednak między godziną dwunastą i szesnastą jest to absolutnie niewykonalne, bo ledwo ludzie się do tych samochodów wciskają, więc gdzie jeszcze rower?. Jak już się do jakiegoś uda wejść jest się narażonym na zaczepki pasażerów: „jak wyszedłeś na rower, to po co jeździsz autobusem?”. Zresztą absolutnie się z nimi zgadzam, ale nie zapłacę dwóch stów, za jazdę po moście. Powinni w takim razie zapewnić tam jakieś rowero – busy bez siedzeń, albo bike – busy, żeby było światowo i korzystający z veretolituto turyści też wiedzieli, o co chodzi.

            Jak już się tak wywnętrzam z tych rowerowych problemów to jeszcze wspomnę Łazienki Królewskie. Ja nie wiem, dla kogo jest ten park, na trawę wejść nie wolno, na rowerze nie wolno, z psem nawet za próg nie wpuszczą. Najlepsze jest to, że ci którzy mają wyłapywać bojkotujących zakaz cyklistów, jeżdżą za nimi na rowerach. Na szczęście są to stare i wolne składaki.

            Polityka „Warszawa na rowery” zakończyła się tym, że jak nie wypaliły fotoradary na kierowców to wymyślono akcje „Rower”. Strażnicy miejscy mają teraz udowodnić, że są potrzebni wlepiając mandaty za jazdę szybką po chodnikach i „beztroską” po ulicy. Ja zamierzam swoim koniem zacząć fruwać nad miastem, mam trochę znajomości w wieży kontroli lotów na lotnisku Szopena, więc zaoszczędzę na mandatach.

            Jednakowoż niedziela obfitowała w te najprzyjemniejsze i dozwolone szlaki rowerowe. Jeździliśmy trasą terenową wzdłuż Wisły, drogą po moście Świętokrzyskim aż do plaży pod mostem Poniatowskim. Stamtąd tramwajem wodnym na drugi brzeg i do centrum na sałatkę. Żeby dać wytchnienie wątrobie po zeszłonocnych atrakcjach, z zielska i tofu (jedna z najbardziej nieapetycznych nazw na świecie, gorsza nawet od flaków (choćby dlatego, że flaki kojarzą się z tortem, który następuje zawsze po nich na weselach)). Powrót do domu przez Saską Kępę i slalom pomiędzy pojawiającymi się w ostatniej chwili szarymi słupkami, które grożą rozbiciem łba i byłem pod domem.

            Nie chciałem brudnymi kołami ufajdać sobie białych ścian w korytarzu, więc jak chirurg otworzyłem drzwi i trzymając je łokciem wprowadzałem rower do środka. Jak już zaparkowałem, przeciąg drzwi zatrzasnął a ja odruchowo będąc w środku przesunąłem zasuwę.

O Matko!!!

            Każdy, kto ma jeden z tych wielkich zamków Gerdy wie, że jeżeli zamknie się go od wewnątrz na dwa razy można go tylko otworzyć od zewnątrz. Dlatego jak ktoś zostaje w domu przekręca się go tylko raz. Wiem, bo zamknąłem kiedyś współlokatorów i czekali aż się wrócę. Jeżeli zamknie się go choćby na raz od środka a klucze zostały w zamku, można co najwyżej pocałować się w wizjer.

            Najpierw stojąc jeszcze w butach, spocony z nerwów jak mysz czekałem przy drzwiach aż będzie ktoś przechodził i poproszę, żeby mnie otworzył. Znudziło mi się po czterdziestu minutach. Otworzyłem okno i zobaczyłem, że ci obok mnie jeszcze nie śpią. Mógłbym im zapukać miotłą w parapet i poprosić o pomoc, ale mają małe dziecko i nie chciałem ich niepokoić. Włączyłem telewizor (bez głosu) i kompa, w dalszym ciągu nasłuchując: co na klatce?.

            Zrywałem się co chwila, bo wydawało mi się, że coś słyszę. Trudno nie słyszeć jak to dziesięciopiętrowy blok. W końcu zamknąłem okno, bo na dźwięki samochodów też biegałem do drzwi. Po trzech razach, kiedy zawadziłem o rower, postanowiłem sobie utorować drogę i zdjąć skarpetki, żeby na finiszu, przez poślizg nie rozbić łba o drzwi. Zacząłem już mieć omamy słuchowe i leciałem nawet na dźwięk spuszczania wody w mieszkaniu nade mną.

            Mógłbym zadzwonić do kogoś ze znajomych, ale na korytarzu jest jeszcze zamykana krata, która uniemożliwiłaby im dojście do moich drzwi. Twierdza Modlin jego mać. Rozważałem już nawet spuszczenie warkocza dresom na ławce pod blokiem, ale nie było z czego pleść. Był też pomysł odkręcenia zamka całkiem, ale ciągle łudziłem się, że ktoś się na tym korytarzu pojawi. Jak nie trzeba to łażą w te i nazad. Wpadło mi też na myśl, żeby odszukać numer stacjonarny kogoś z moich sąsiadów, ale porzuciłem ten pomysł, bo to starsi ludzie a zrobiła się już północ.

            Wszystkie okna na moim piętrze zgasły i chyba nie było już na co czekać. Błysnęła mi jeszcze myśl, że jak rozkręcę muzykę na full to ktoś przyjdzie mnie opierzyć, ale szkoda mi było tego dziecka za ścianą.

            Położyłem się do łóżka. Nastawiłem zegarek na wpół do siódmej i czatowanie postanowiłem zacząć od brzasku. Teraz i tak nikt już na pewno by się nie pojawił. Po głowie chodziły mi myśli wszelkie, każda około zamkowa.

            Postanowiłem zrobić zestawienie plusów i minusów zaistniałej sytuacji:

            Plusy:

- Na klatce, na szczęście zostały tylko klucze, rower, plecak z portfelem i komórkę mam ze sobą.
- Lodówka jest pełna.
- Poza łącznością telefoniczną dysponuje także Internetem, który jak na razie służy tylko do tego, żeby odczytywać czat z siostrą, która uważa mnie za koncertowego osiołka.

            Minusy:

- Rano musze wyjść do pracy.
- Nie mam jak stąd uciec na wypadek pożaru.
- Jak klucze odkryje dziad z końca korytarza, który nikogo nie lubi i nie mówi dzień dobry to wejdzie w nocy i utnie mi łeb.

            Należało jeszcze obmyślić, co stanie się kiedy fizycznie ktoś za tymi drzwiami się pojawi. Na pewno należy coś krzyczeć, ale co?. „Pomocy” powinno się krzyczeć w wyjątkowych sytuacjach, nie rodzę w tym mieszkaniu tylko sobie siedzę. Nie na miejscu wydaje się także „ratunku”, bo jaka krzywda mi się tu dzieje?. To pasuje dopiero jak wejdzie dziad spod zsypu z nożem. Chciałem też głośniej powiedzieć „przepraszam” i dalej, czy mogłaby mi pani/pan pomóc. Ale jak ktoś usłyszy przepraszam, to pomyśli, że to zwyczajna rozmowa domowników. Drogą eliminacji stanęło na „Halo”.

             Ze spania jednak nici. Leżałem i myślałem. Jak zwykle w stresie obiecuje różne rzeczy, które spełnię jak tylko sytuacja zagrożenia się zakończy. Mam już poważne doświadczenie.

            W szkole podstawowej na rozdaniu świadectw ósmoklasistom wnosiłem na salę sztandar. Nie dość, że dla piętnastolatka było to o wiele za ciężkie i za duże to jeszcze drzwi były bardzo niskie. Ta szmata bujała się znosząc mnie z prawa na lewo i w rezultacie zdzieliłem orłem siedzącym na zakończeniu masztu o futrynę sali gimnastycznej. Szedłem z tym wygiętym ptaszkiem pomiędzy stojącym gronem pedagogicznym w takt hymnu i myślałem, że wzrok dyrektora sprawi, że i moja głowa zaraz się zdeformuje. Odbierałem zresztą nagrodę na tym apelu i podałem sztandar dziewczynie z pocztu, która poprawiła mu kształt waląc o barierki. Wtedy bałem się tak samo końca apelu i obiecywałem, że w kolejnej szkole do żadnej aktywności pozaobowiązkowej pchał się nie będę. Nie było to prawdą, bo byłem przewodniczącym we wszystkich swoich klasach a na studiach starostą. Jak raz wybrali innego, to mu udowodniłem, że się nie nadaje i sam zrezygnował.

            Na studiach, kiedy poszedłem na apel starostów i okazało się, że trzeba wybrać jeszcze takiego super starostę to zacząłem się prężyć a prowadzący spotkanie profesor powiedział: „…i zgłosiła się już ochotniczka”. Bez żadnego konkursu czy pytań, objęła stanowisko. Siedząca obok mnie Majka powiedziała głośno „Skandal” i wyszliśmy z sali. Całe studia dziękowałem opatrzności, że to nie ja zostałem wybrany, bo laska miała przerąbane. Nie lubili jej studenci i profesorowie.

            Drugi raz taka sytuacja miała miejsce na karuzeli w Anglii. W podejrzanie niebezpiecznym wagoniku jechał ze mną Dominik. Pędziło to tak, że nie dało się nic krzyczeć, bo zatykało usta. Trzeba było odkręcić głowę i wrzeszczeć do fotela. Najpierw lecąca naprzeciwko Kaśka darła się, że nie zabezpieczyłem się barierką. Byłem zabezpieczony, tyle że ten drąg wszedł mi pod fałdę na brzuchu i ona się przestraszyła. Później spadł komuś but i leciały ludziom drobniaki i piasek sprawiając wrażenie odpadających śrubek. Bałem się jak cholera i wrzeszczałem, że jak to się wreszcie zatrzyma i wrócimy do Warszawy, to schudnę, wezmę się za pisanie magisterki, pójdę czytać ludziom niewidomym i na pieszą pielgrzymkę.

            Tak, więc leżąc w łóżku po drugiej stronie drzwi z kluczami obiecałem, że napiszę CV, zaprzestanę kupowania Pawełków śmietankowych, na rowerze będę jeździł nawet do łazienki a klucze zawieszę sobie na szyi.

            Dokładnie kwadrans po szóstej usłyszałem szczęk zamka gdzieś niedaleko. Było za wcześnie żeby zacząć się wydzierać, więc zacząłem pukać. Głupie to trochę tak pukać od wewnątrz w drzwi, bo niby do kogo, do korytarza?.

            Pomyślałem, że jak ktoś to słyszy na klatce to nie ma pojęcia, zza których drzwi dochodzi łomot. Dla wzmocnienia efektu dołożyłem szarpanie klamką.

            Oku mojemu (bo przez wizjer) ukazał się ojciec dziecka zza ściany. Otworzył i pytającym wzrokiem wgapiał się we mnie z nienagannie już uczesaną żoną za plecami i moimi kluczami w ręce.

sobota, 18 maja 2013

TRENING PERSONALNY


            Zawsze wydawało mi się, że osobisty trener to snobizm. Łażą za ludźmi po siłowni, podają sprzęt i mówią komplementy. Trening robisz dokładnie taki sam jak go z tobą nie ma, więc to tylko szpan.
Jakże się myliłem.

            Chodzę na siłownie już długo, ale nie bardzo wiem co tam robić. Na poprzedniej były przynajmniej kanapki a na tym się znam, na tej nowej nie ma bata. Trzeba ćwiczyć. Podpatruje jak ludzie układają swoje ćwiczenia i staram się naśladować te, co wyglądają na niegroźne. Jest na przykład taki wielki krucyfiks na środku klubu. Nigdy się na to nie odważyłem wejść i niewielu się ośmiela. Pomacham trochę na kilku maszynach, na część nie patrzę, bo nawet nie wiedziałbym jak na tym usiąść i na koniec zawsze idę pomaszerować przez godzinę bawiąc się sterownikiem do poziomu nachylenia i prędkości. Na koniec trochę popływam i spadam do domu.

            Jem niestety coraz więcej i widzę, że mój plan nie wystarcza. Strach pomyśleć, co by było gdybym w ogóle tam nie chodził?. Dlatego nie poprzestałem na tym, że od maja zamieniam autobus na rower tylko zapisałem się jeszcze na trening personalny. Niech mi zawodowiec pokaże jak i co mam robić. W klubie mam do wyboru cały wachlarz profesjonalistów. Wybrałem takiego, który nigdy nie gwiazdorzy, wita się z każdym członkiem klubu niezależnie od tego czy to cherlak, tłuścioch czy gwiazda. Gwiazdy, z którymi trenuje także nie przeszkadzają mu w tym, żeby się witać i doradzać ćwiczącym wokół zwykłym śmiertelnikom. Operuje fachową wiedzą, ale nie językiem, dzięki czemu można od niego wszystkiego się dowiedzieć. Po za tym tak jak wszyscy pozostali ma ciało jak archanioł Gabriel.

            Wparowałem na salę. Rozgrzałem się i wyłonił się zza węgła z kartką i ołówkiem w ręce. Kilka pytań o cel treningu, dietę (kłamałem aż świszczało) i przeciwwskazania i jazda. Ja myślałem, że tak sobie będziemy rozmawiać podczas moich wymachów i rozczarowałem się okrutnie. Decyzje o zalecanym treningu podjął w sekundę i zanim wytłumaczył mi, na czym polega Obwodowy, na który się zgodziłem zdążył już ustawić ławkę, pokazać mi jak siedzieć (nie wolno stawiać ławki pionowo, bo gówno to da a tylko plecy bolą) i wsadził hantle do łapy. Chciałem popisać się jak osioł i zacząłem nimi wymachiwać, więc podniósł mi ciężar jeszcze dwukrotnie i ochota na rozmowy mi przeszła.

            Kolejna maszyna i wymachy łapami do przodu. Najpierw on hyc hyc, później ja. Nie chciałem zginać łap, bo wyprostowane są silniejsze, a przynajmniej nie spuścisz sobie nic na łeb, ale widział wszystko. Najpierw kazał mi te liny naciągnąć idąc do przodu, po czym powiedział: odwróć się i sprawdzaj czy jesteś na środku?. Jak pajac odwróciłem łeb i te linki cofnęły mnie na linie startu. Nie wiem skąd on wiedział jak mnie motywować. Nie zna mnie przecież. Wziął te linki raz jeszcze i zachęcił, żebym ręce miał ugięte a ruchy półkoliste, jak to powiedział tak jakbyś chciał objąć wielki dzbanek.

            O ileż zrobiło się łatwiej. Jakby sok z gumijagód był w tym wyimaginowanym dzbanie. Poszło jak z płatka. Nie jeden dzbanek dzierżyłem już w rękach.

            Aż trafiliśmy na wniebowzięcie. To jest ta maszyna, która dupę trzyma na dole a ręce pną się ku niebiosom. Łatwo to się robi, ale na drugi dzień nie można się ubrać, bo ręce unoszą się tylko do pasa. W każdym razie przy dość sporym obciążeniu robiłem to poprawnie. Trzymał mi palec pomiędzy łopatkami, który przypominał o ich ściąganiu i na głos liczył. Niby taka głupota, ale po kilkudziesięciu powtórzeniach pewnie i połowę robie źle a tak to ten palec wbity w plecy przypominał, żebym robił ćwiczenie starannie. Doczekałem się nagrody. Na pytanie, dlaczego przestał mówić usłyszałem: BO NIE MAM ZASTRZEŻEŃ DO SYLWETKI!.

            Boziuniu. W życiu nikt mi czegoś takiego nie powiedział. Jeszcze ktoś, kto tak wygląda. Ja wprawdzie mam do niej wiele zastrzeżeń, ale co się będę z zawodowcem spierał?.

            Robiliśmy jeszcze pozostałe partie ciała i udało mi się zaimponować mu siłą nóg na takich przysiadach do góry nogami, gdzie brzuch wypychałem sobie przez plecy i zbliżało się ku końcowi. Powiedział, że nie wolno robić przeprostów na tym ustrojstwie. Od razu wiedziałem, o co chodzi, bo to z terminologii tanecznej. Zdzisława zawsze się upierała, że to moje balowanie po nocach jest na nic. I co?.

            W trakcie dowiedziałem się jeszcze, że przy takim pełnym i intensywnym treningu każde kolejne ćwiczenie wykonujemy słabiej. Mam zdecydować się, czego u siebie nie lubię najbardziej i tym zająć się najwcześniej, kiedy jestem najsilniejszy. Weź tu ustal pierwszeństwo na Kwazimodo?.

            Najwcześniej, czyli chyba wczoraj. Tak więc odrąbie sobie łeb, zapuszczę włosy, które nie chcą rosnąć od siedemnastego roku życia i popracuje nad lenistwem.

            Ostatnie miały być wykroki. Tu żartów nie było wcale, bo przemierzyć musiałem cały wielki klub coraz pełniejszy już ćwiczących. Ale znowu, od czegóż komplementy. Po pierwszej serii, kiedy wydawało mi się że rufa znosi mnie na boki, usłyszałem: Bardzo dobrze, jeszcze nie widziałem żeby ktoś tak daleko wyciągał nogi. Ja widziałem, Ankę Rubik, ale się ucieszyłem. Przy ostatniej serii dołączył do nas inny trener. Ja już spocony jak wieprz i u kresu sił chciałem się popisać, żeby nie myślał, że tak kulawo szło mi od początku. I znowu usłyszałem jak zostaje mu wskazane najważniejsze: Ty zobacz, jakie on ma te nogi.

            Jak burza poszedłem.

            Ćwiczenia na brzuch zostały mi lekko zaprezentowane, bo była obawa, że tam umrę i przeszliśmy do małej salki. Tu już spodziewałem się ukojenia, bo na podłodze rozwinięto czarny katafalk, kazano się położyć i wyciągnąć nogi i ręce. Nic z tego, kazał mi robić świece bez pomocy rękoma. Gacie mi się zsuwały i krew wypychała oczy więc już nie było mowy o większym upokorzeniu a tu nagle:

- Ty golisz nogi?.
- Nie, nie rosną mi włosy.
- Zazdroszczę.

            Ja nie wiem czy oni się tego gdzieś uczą czy to wrodzone?. Największy mój kompleks – łyse gice, doczekały się komplementu. Ja rozumiem, że dla niego – kulturysty to plus, bo musi golić. Ktoś, kto nosi cienkie rajstopy też mógłby się ucieszyć, ale na cholerę mnie?. Z dywanem na brzuchu i biuście tworze watę na patyku. Po ostatniej serii powiedział jeszcze, że mam piękne i silne kopyta i mogłem iść spokojnie wypłakać się z bólu pod prysznicem.

            Po treningu szedłem do samochodu jak John Wayne. Ci kolesie nie chodzą tak bo chcą tylko inaczej się nie da. Nogi same mi się rozrzucały na boki a łapy nienaturalnie odstawały od ciała.

            Wszedłem jeszcze do sklepu i trafiłem na degustacje serów. Wykluczone. Kowboje nie jedzą serów. Ominąłem hostessę jak karaluch na krzywych nogach i nie mogłem znaleźć dezodorantu. Podły babulec poproszony o pomoc obciął mnie tylko wzrokiem i nie chciał pomóc. Pewnie sobie pomyślała: a łaź sobie spocony, tłuściochu. Sam znalazłem.

            Szedłem do domu z treningiem rozpisanym w kieszeni. Pokaże jeszcze tej rurze z marketu.

sobota, 11 maja 2013

Z KANAPKĄ NA KANAPIE


            Przegląd złotych kosztował wiele. Wartyś tyle ogierze. Rękojeść nowa, dla dłoni przyjemna. Rogata lekko. Nie lepka. Ruch pierwszy, z kopyta, chłód twarz od słońca ogorzałą omiata. Substytut to dla łysych, wiatru we włosach, które posiadane satysfakcje dają ogromną. W pędzie. Gnaj rumaku mój biały. Gnaj. Dzięki nowej przerzutce Shimano, co przesmarowaną chwilę temu została. Na kołach nowych mnie nieś. Bezszelestnie. Leć. Bieżnik nowy rozdziewiczaj. Z napompowanych wentyli tchu nie upuszczaj. Zębatka, pedał, korby i łańcuch. Linkami wszystko do ramy przywarte. Piast z oponą szprycha spaja. Wtem babulec razy parasolem zadaje, bij zabij zdaje się krzyczeć. Po karku z zacięciem młokosa tłucze. Chodnikiem jeździć broni.

            Sezon rowerowy rozpoczęty. Nie liczy się nawet cios po pierwszych pięciuset metrach. Przez cały okres z chlapą i śniegiem oczekiwałem na tę chwilę. Kocham ten czas, kiedym tak mobilny. Nic mnie nie ogranicza, kiedy i gdzie skręcać mogę. Sam sobie sterem i okrętem. Kiedyśmy tak z rowerem moim jak w jedno połączeni.

            Po ochrzczeniu przez babę parasolem trochę byłem oszołomiony, ale zaraz zacząłem się zastanawiać gdzie udać się w pierwszy kurs?. Większość ludzi cieszy się ze spalanych kalorii i aktywności, kiedy po przerwie wsiądą na swój bicykl. U mnie występuje obawa o zasłabnięcie. Wysiłek w pełnym słońcu na pewno sprawia, że organizm zużywa dużo więcej energii. Dlatego zanim jeszcze sobie to uświadomiłem, rower mój skierował się NA KANAPKĘ.

            Dziś była w formie jarskiego hamburgera z „kotletem” z kaszy jaglanej. Chciałem utrzymać się w klimacie tej knajpy przy wyborze napoju, ale w ofercie mieli koktajl z mleka, bananów i espresso i obawiałem się, że z tym za daleko nie zajadę. Decyzja padła na colę. Kierując się do domu, podczas pedałowania, moją głowę zajmowało to, jak istotne są w moim życiu kanapki?.

            Nie ma podobnego dania, które miałoby tyle form. Są wrapki, tartinki, zapiekanki, bruschetty, club – sandwicze, kebaby, crostini, hamburgsy, panini i pizze. Baza jest do wyboru. Może być bułka, chleb, ciabatta, tortilla, maca, tost, styropian ryżowy czy pumpernikiel. Dobre do pociągu, szkoły, parku. Na zimno i ciepło. Skrywają wszystko o czym zamarzysz. Dżem, pasztet, miód, mięsko, sery, wędlinę, owoce, chipsy, seler, sezam, sałatkę rybkę, pastę, nutellę, zielsko czy twarożek. Okrasić można je sosikiem. Do wyboru: majonez, musztarda, dip, ketchup, pesto czy sos tatarski.

            Występują wersje śmierdzące. To te z jajkiem, paprykarzem czy dziwnym serem. Pamiętam jak w szkole podstawowej powszechne były wymiany. Moja matka pracowała u rzeźnika, dlatego miałem kanapki z szynką a jak ktoś miał z paprykarzem to się zamienialiśmy. Paprykarz wtedy tak śmierdział, że jak jedno dziecko miało z tym kanapki to waliło na całym korytarzu. Pyszny był.

            Najlepsze kanapki w moim życiu zrobiła mama Kaśki S. Kiedy w wakacje zarabialiśmy forsę zbierając truskawki mama Kaśki zrobiła jej kanapki z serem. Nasze plecaki leżały na polu, w słońcu. Jak poszliśmy jeść w czasie przerwy wszyscy jej zazdrościli, bo ser jej się ciągnął. Dzień później każdy przywiózł z serem.

            Ja najbardziej lubię takie z podróży. Moi bliscy nawet jak są głodni to zawsze jedną mi przywożą. Taka przesiąknięta masłem w umazanym papierze. Takie lubię najbardziej.

            Na pierwszą kolację w życiu zrobiłem kanapki składane, takie jak dostawałem do szkoły. Niestety nikt nie dbał o moje samopoczucie i Zdzisława je rozłożyła i poprawiła. Choć w naszym domu porażkę można przerobić w sukces. Jak Izka zrobiła raz biszkopt, który zalała gorącą galaretką i wszyscy się śmiali, że jej przesiąkło, to odwróciła go do góry nogami i było jak znalazł.

            Kiedyś zrobiłem sobie kanapki do samolotu jak leciałem ze Szparą. Śmiała się ze mnie, że nie mogę wytrzymać trzech godzin bez żarcia. Ale jak wyciągałem je trakcie lotu to poprosiła o jedną. Za to, że się śmiała postanowiłem jej nie częstować. Kiedy podawała mi plecak z pawlacza powiedziała, że jestem takim wieśniakiem, że powinienem był sobie usmażyć kurczaka. Po czym zrobiła się czerwona na pysku, bo chłopak siedzący za mną ogryzał właśnie nóżkę.

            Moja matka, podobnie jak jej ojciec robi kanapkę nakładając wędlinę grubszą niż chleb a masła używa jak kremu. Kiedyś została poproszona do mojej szkoły za coś, do czego się nie przyznam. Powiem tylko, że pan od religii tak się zdenerwował, że zapalił przy nas papierosa. Wezwał rodziców a że Zdzisława była silnie aktywna zawodowo to przyszła po dwóch tygodniach. Stałem z nią przed nim i okazało się, że już zapomniał, po co ją wezwał, więc zmyślał.

- Kuba zjada dzieciom kanapki i ciągnie dziewczynki za warkocze.

            Stałem jak osioł, mały gruby i z lokami. Matka popatrzyła na mnie ze zrozumieniem i poszła do wychowawcy.

- Zostałam wezwana przez pana od religii, bo Kuba podobno zjada dzieciom śniadania.
- Niech się pani nie przejmuje, on jest pojebany. Papierosa?.

            Popołudnia z Prawem Agaty i kanapkami na stole są czasami lepsze niż wyjścia ze znajomymi. Czy potraficie wymienić coś poza zupą, czego nie da się włożyć w kanapkę?.

niedziela, 5 maja 2013

PAMIĘTNIKI Z WAKACJI – HERINGSDORF



            Lotnictwo jest pasjonujące. W czasie, kiedy PKP przewiezie nas z Warszawy do Ustki, samolot potrafi dolecieć do Australii. Wielu moich znajomych podziela tę opinię i kiedy tylko nadarzy się okazja na lot pojawia się u nas radość wręcz dziecięca.

            Dwa tygodnie temu wracałem objuczony zakupami i zadzwonił mi telefon. Wszystkie eko siatki na jedno ramie, cola pod pachę:

- Halo.
- Cześć, zjesz ze mną rybę?.
- Dlaczego rybę?.
- Szybko, zjesz czy nie?.
- Dziś?.
- Nie, w maju.
- Mów porządnie.
- Promocja jest, za grosze, lecimy rano, wracamy wieczorem, nowy Bombardier, lotnisko Szopena…
- Lecę.

            Rozmowa odbywała się tuż pod moją klatką. Kiedy wjechałem do góry windą miałem już na mailu potwierdzoną rezerwacje. W ekstra promocjach nie ma czasu na zastanawianie się. Na szczęście bilety są tak tanie, że lepiej zaklepać i nie lecieć niż później żałować. Ale kto by rezygnował?.

            Okazało się, że celem podróży nie musi być wyłącznie kanadyjski Bombardier Q400 (nówka), ale i okolice lotniska. Sama miejscowość liczy sobie około czterystu mieszkańców, ale osiem kilometrów przez las i można znaleźć się nad morzem. Więc nie dość, że pofruwać można to jeszcze morze zobaczyć.

            Pobudka po czwartej rano. Prysznic, kanapka i na autobus. O tej godzinie nie ma jeszcze gazet w kioskach, więc pozostają wyświetlacze w autobusach. Krystyna drąży na Pradze – tarcza budująca metro za Wisłą. Zachmurzenie silne z przejaśnieniami. Odbywają się mecze wszelkie. Wreszcie lotnisko. Odprawiliśmy się jako pierwsi, bo dla frików lotnictwa port lotniczy jest tym, czym dla innych ludzi Disneyland.

            Czekamy na otwarcie bramki obserwując ludzi. Na lotnisku jest zawsze kolorowe zamieszanie. Chłopiec biegnie kopiąc piłkę, za nim inny w kapeluszu góralskim ciągnie na walizce małą dziewczynkę, ta z kolei robi bańki mydlane z patykowego słoiczka. W naszej grupie na razie spokój. Otwiera się i schodzimy do autobusu. Są. Moje przeznaczenie. Małżeństwo. Ona, przykład zawiedzionej macierzyństwem, znudzonej i głuchej na wrzaski kobiety. On, nadmiernie zainteresowany każdym słowem dziecka, mówiący z siłą, jaka wystarczyłaby do występów w teatrze greckim. Typ faceta, który myśli: skoro tłumaczę coś mojej pociesze, dlaczegóż reszta pasażerów nie mogłaby się nauczyć czegoś interesującego. Już w czasie drogi do samolotu zgłębiał tajniki awiacji, omawiał stojącego Dreamlinera, rodzaj malowania statków powietrznych naszego przewoźnika i tysiąc innych rzeczy. Dziecko – dziewczynka, całe lotnictwo ma głęboko w nosie. Biega po autobusie, rzucając w powietrze przypadkowe słowa, do których natychmiast odnosi się tatuś. Czasami ładuje się matce na fotel, brudząc butami nogawki siedzących obok panów. Matka wpatrzona w okno, głucha, cicha w spódnicy z odciskami małych bucików.

            Ustaliliśmy z moim kompanem, że ja lecę przy oknie w tę a on z powrotem.  Jak na życzenie, za nami rodzina Utrudnialskich. Córunia i tatuś. Mama za nimi wpatrzona w okno. Dziecko za mną zafundowało mi darmowy masaż małymi stopami kopiąc w mój fotel bez wytchnienia, podobno w niektórych miejscach na świecie ludzie za to nawet płacą. Ale nie to było najgorsze. Dziecku się nudzi w samolocie, ja to rozumiem. Tata. Mordy nie zamykał nawet na moment. Tłumaczył tej gówniarze jak układają się chmury, wyjaśniał start samolotu. Wszystko głosem Jana Suzina. Jeszcze gdyby to dziecko było tym zainteresowane. Ale nie. Ona tylko kopała i strzelała w ojca słowami.

            Przytomny steward zaraz po starcie dał dziecku w prezencie kredki i blok. Tato zaczął tłumaczyć jak dobierać kolory tworząc zgrabną kompozycję barw a nie bazgrać tak jak to chciała mała piłkarka za mną.

            Postanowiłem nie psuć sobie zabawy. Jestem jednak w samolocie, podziwiam niebieskie niebo nad chmurami, rozpoznaje Poznań pełen małych domków, później Szczecin, Międzyzdroje i Świnoujście (lektor za mną wyjaśnia, że w tym miejscu rzeka „Świnia” wpada do morza). Kilka zwrotów maszyny i lądujemy.

            Wiedzieliśmy, że lot na tej trasie odbywa się tylko raz w tygodniu. Ale dopiero na miejscu okazało się, że jest to pierwszy rejs w tym roku. Otwieramy lotnisko na nowy sezon. Na pasie stoją wszyscy pracownicy. Dookoła wioska, głucha, pusta, zielona i skąpana w pięknym słońcu. Zupełnie inaczej niż w porannej zamglonej i deszczowej Warszawie. Sprawdzamy rozkład autobusów. Najbliższy za godzinę. Przy ograniczonym czasie, godzina to jedna piąta naszego urlopu. Ruszamy na nogach. Po drodze mija nas szpaler pędzących taksówek, każdy kierowca uśmiecha się i macha nam na przywitanie. Chyba wszystkich zaskoczył ten lądujący samolot i spieszą nadrobić precyzję, z jaką w tym kraju winno się witać gości.

            Dzięki telefonicznej mapie maszerującego ze mną Łukasza wiemy, że kierunek mamy dobry. Decydujemy się na stopa. Obaj nie robiliśmy tego od dawna. Pierwszy zatrzymuje się samochód pełen rodziny udającej się na urlop. Koce, piłki, parasolki. Wysiada kobieta:

- Guten Morgen.
- I'm sorry we don't  speak german.
- Ohm… meine Tochter!.

            Zaczęła wywlekać dziecko z auta, ale tochter najwidoczniej na popisy lingwistycznych umiejętności ochoty nie miała. Pomachała do nas, ukłoniła się i pojechali. Kolejny samochód wyłonił się zza krzaków. Passat kombi w środku małżeństwo, bez bagaży. On w polarze, pomimo upału. Ona w spodniach z gumką na końcu nogawki, przechodzącą pod stopą. U nas to się kiedyś nazywało „narciarki”. Kobieta wygląda w tym jak żołnierz Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. Idą ku nam uśmiechnięci.

- Guten Morgen.
- Guten Morgen, We don't speak german.
- Deutsch Polizei.

            Uśmiechy im lekko zeszły. Spod polara pojawił się identyfikator, poproszono nas o dokumenty i starając się używać wszystkich języków wyjaśnialiśmy, że nie przylecieliśmy tu mordować i gwałcić. Na słowo „przylecieliśmy” poproszono nas o bilety i dziwiono się, że działa już lotnisko. Skanowanie naszych dowodów i ważne bilety tłumaczyły stróżom prawa, że pojawienie się w wiosce dwóch obcych jest w pełni uprawnione.

            Szybko udało nam się złapać stopa i miły pan zawiózł nas nad morze. Chciał po drodze dowiedzieć się jak najwięcej o Poznaniu, gdyż wybiera się z małżonką. Bardzo go ucieszyło, że w Poznaniu dużo ludzi mówi w jego ojczystym języku, bo z nami szło mu jak po grudzie.

            Ahlbeck przywitało nas lipcową pogodą. Jak dzieci pospieszyliśmy ku plaży, nacieszyć oczy widokiem bezkresnego błękitu. Mijane po drodze napisy polskie przypominały, że tak daleko od kraju nie jesteśmy. Rossmann, Salon Linda były na każdym rogu. Pojawiły się także napisy zagraniczne: Restaurant Rhodos, Casa Italia.

            Spragnieni posiłków regionalnych postanowiliśmy wystartować od rybki. Kelner w pierwszej restauracji nie znał żadnego języka i znał je wszystkie. Łączył je, używając dowolnie słów, jakie przychodziły mu do głowy. Okraszał to takim uśmiechem, że nie sposób było w tej zabawie nie uczestniczyć.

- Guten Tag.
- Hello.
- We would like to order fish.
- Deux fisch?.
- Yes, with kartoffelsalat.
- Two duże beers?.
- Ok.
- Smacznego outside.

            Rozmowa brzmiała oryginalnie, ale kiedy dostaliśmy nasze zamówienie okazało sie, że zrozumieliśmy się doskonale. Udaliśmy się także na currywurst i kolejne piwka, obsługa trafiła się polska. Posiłek zakończył znakomity, ciepły apfelstrudel z lodami i bitą śmietaną. Poleżeliśmy na molo. Mnie udało się nawet przysnąć i wróciliśmy taksówką.

            Wieść o otwarciu lotniska musiała gruchnąć już silnie, bo mnóstwo ludzi przyszło popatrzeć na start. Poprzyklejani do płotu jak spotterzy w Warszawie czekali na upragniony widok.

            Wiedziałem, że tym razem lecę od strony korytarza więc zaopatrzyłem się w gazety. Czytając, przypomniałem sobie niestety, że nie znam języka niemieckiego. W Frakfurten Allgemeine rozpoznałem prezydenta Obamę, panią Merkel i reklamę Bossa. Za to w Die Welt było już dużo więcej zdjęć i komuś z zewnątrz mogło wydawać się, że czytam. Zatrzymywałem się na kartkach na dłużej, bo rozpoznałem Putina, Kim Dzong Una a jeden facet był podobny do naszego kabareciarza. Wyniki giełdowe przerzuciłem jeszcze szybciej niż w Wyborczej. Tego nie rozumiem nawet w ojczystym języku. Dodatek motoryzacyjny wywaliłem. Ucieszyłem się za to na literacki, ale nie na długo.


            Aż w moje ręce wpadł Bild. To jest porozumienie ponad narodami. Z wielkich stron patrzyli na mnie tak bliscy memu sercu Klitshko (ten bokser) i Miley Cyrus. Zrozumiałem chyba, że Modern Talking się schodzą i ludzi tutaj, podobnie jak u nas emocjonują potyczki Bayernu i Borussi. Z ostatniej kartki uśmiechał się Robert Lewandowski. Jak w domu. Chciałem zagłębić się w wywiad z Iron Manem, ale dałem radę tylko nagłówkowi.

            Ludzie zaczęli się schodzić i zrobiło się znajomo, bo lecieli prawie wszyscy z porannego rejsu. Wszyscy w stanie błogiego zmęczenia uśmiechali się do siebie aż zza przepierzenia usłyszeliśmy znajomy nauczycielski głos. Utrudnialscy.

            Liczyłem tylko na to, że nie będę tym razem obok nich. Poczekaliśmy aż wejdą do samolotu pierwsi. Czekaliśmy prawie do końca, bo tym razem mieliśmy miejsca prawie na końcu. Po wejściu okazało się, że tym razem atrakcje będą mieli z przodu. Ucieszyłem się i podszedłem do stewarda na końcu:

- Jak ma pan Valium to proszę już teraz przygotować soczek dla pasażerki z przodu. Leciałem z nią rano.

            Jak na hasło, uchylił pawlacz i wyjął apteczkę.

- Rzyga?.
- Gorzej, wierci się i gada.
- Coś tu znajdziemy.

            Uśmiechnął się zawodowo. Nie wiedział co go czeka, albo oni faktycznie mają takich więcej.

            Pani Utrudnialska siedziała tym razem w jednym rzędzie z małżonkiem i pociechą. Oddzielał ją od nich korytarz. Nie zawiedli mnie. Dziecko na czworakach latało po samolocie. Utrudnialski odpinał pas, kładł się „na śledzia” i fotografował przez okno. Małżonka pogrążyła się w lekturze. Steward uśmiechnął się tylko porozumiewawczo. Mój szacunek i podziw dla tej profesji tylko się umocnił. Wychodząc zobaczyłem, jaki syf zostawili w swoim rzędzie. Tak jakby posiadanie dziecka upoważniało ich do trolenia gdziekolwiek się pojawią.

            W autobusie z lotniska pani czytała rodzimego Superaka. Jakże ucieszyłem się na te nagłówki: Edyta Górniak (41 l.) Nie pośle syna do Komunii Świętej, Kardynał Kazimierz Nycz (53 l.) Dostajemy sześć miliardów na tacę, Znany i lubiany wikary Marek M. (40 l.) Kochał dzieci i porno, Jezuici awanturują się o dwóch papieży. A na koniec roznegliżowana pani: Porwij stanik - idzie lato i znowu Robert Lewandowski.