piątek, 26 grudnia 2014

POCZĄTKI W NORWEGII

            Pracodawca polecił mi jak najmniejszy kontakt z językiem ojczystym. W takim razie to ostatnie chwile, kiedy mogę się tu jeszcze spowiadać po polsku, później będziecie zmuszeni czytać po norwesku, ewentualnie angielsku, choćby z tej przyczyny, że norweskiego jeszcze nie znam.

            Ostatni raz pisałem dzień po przylocie. Cztery miesiące temu. Trochę długo, ale miałem sporo na głowie (- dlaczego pani nie było?, - bo chorowałam). Przede wszystkim szukanie pracy. Okazało się, że nie jest tu już tak różowo jak kiedyś i o prace trzeba się mocniej postarać. Zaczęliśmy od spotkania dla emigrantów w norweskim urzędzie pracy. Tam poza różnicami kulturowymi i ciekawostkami, dowiedzieliśmy się, że siedemdziesiąt procent ofert pracy nie trafia do oficjalnego obiegu. Czyli podobnie jak u nas, - Nie masz Andreas jakiegoś chłopaka na budowę?.

            Więc jak nie masz jeszcze sporej siatki znajomości, drukujesz cały plecak cv i maszerujesz po mieście. Dodatkowo zgłosiłem się do trzech agencji pośrednictwa pracy i maszerowałem codziennie od rana do czternastej rozdając cv w najdziwniejszych miejscach. Byłem już bardzo blisko, żeby dostać pracę ochroniarza w szpitalu psychiatrycznym i pomocnika w zakładzie kamieniarskim. Miałem tylko jeden kulawy dzień, obudziłem się i nie mogłem wstać z łóżka. To był już chyba miesiąc spacerowania z tymi życiorysami i na chwile entuzjazm mnie opuścił. Poza tym humor nie odstępował mnie wcale. Nie biorę żadnych leków, nie piłem nawet alkoholu, bo postanowiłem, że napije się dopiero jak znajdę pracę a uśmiechałem się codziennie jak głupi. Zresztą na szkoleniu z poszukiwania pracy uczono mnie, że uśmiech mam mieć od wejścia, bo nikt nie chce zatrudniać smutasów i mruków. Miałem jeszcze taki patent, że jak w kilku miejscach nie chcieli ode mnie cv, to wchodziłem do jakiegoś salonu rowerowego albo do Michaela Korsa celem poprawy nastroju i wracałem do roznoszenia z uśmiechem od ucha do ucha. Nie wiem jak wyjaśnić a tym bardziej opisać Wam skąd to uczucie, ja tu jestem taki spokojny i szczęśliwy jak nigdy dotąd.

            Nie mogę słuchać dialogów w metrze i na ulicy, bo nie mam pojęcia, co mówią, dlatego oddechem były zakupy i spacery ze Szparą. Nie dość, że się nagadamy to podczas tych spacerów pokazujemy sobie ludzi podobnych do tych znanych nam z Polski. Jak ktoś z nami idzie to się dziwnie przygląda, kiedy słyszy:

- Ty, co Dorota Warakomska robi na przystanku w Oslo?
- Czeka na autobus.
- No tak.


- Profesor Szyszkowska jest głupia.
- Co ci znowu Szyszkowska zrobiła?
- Zobacz, które ona bierze pomidory.
- Te niedobre, faktycznie głupia.

            Czasami na zakupach dołącza do nas Myszka. Najczęściej się dziwi i przypatruje obgadywanym osobom, ale on relacji mojej ze Szparą nigdy nie uważał za normalną, więc jego zdziwienie jest umiarkowane.

            Poza Szparą mogę oczywiście rozmawiać tutaj po angielsku, co ku zdziwieniu tubylców czynię bardzo często. Ja nie mogę nie gadać, więc nie dość, że zaczepiam ludzi w sklepach i środkach komunikacji to przyciągam podobnych, co tutaj nie jest takie popularne. Ostatnio starsza pani poprosiła mnie w metrze o ściszenie muzyki, bo nie mogła się skupić na książce. Ściszyłem o połowę, ale nadal ruszała ustami, więc zdjąłem słuchawki.

- Nadal pani słyszy?
- Nie, chciałam tylko podziękować.
- Bardzo proszę, wesołych świąt.

I dostałem czekoladę.

            Wieczorem chodzę na siłownie, tu mam już cały świat, ale nie każdy mówi po angielsku. Mam kolegę, który codziennie biegnie obok mnie na bieżni. On kompletnie nie rozumie, co ja do niego mówię, ale reaguje już na imię Maciek. Chłopak wygląda zupełnie jak Maciej Dowbor tylko, że jest hindusem.

- Cześć Maciek, biegniemy?
- Ja.

            Po jakimś czasie zaczęły pojawiać się prace dorywcze, więc zanim znalazłem stałą imałem się wszystkiego, co się trafiało. Zacząłem od malowania okien i listew. Poszedłem tam pełen zapału, bo przeliczyłem, że za dwie godziny pracy będę miał jedną parę New Balance. Wszyscy na budowie surowo pilnują czasu, bo najważniejszy jest „fajrant”. Mówią np.: - Pół dniówki już jest. Ja w tym czasie widzę dwie pary nowych adidasów. Ta praca jest monotonna, trzeba mieć jakąś motywacje albo ratować się wyobraźnią.

            No więc przyszedłem tam pełen zapału i stanąłem przed szefem.

- Co mam robić?                                               
- Te okno se musisz zmatowić, tam masz sto osiemdziesiątkę a później przejechać spirytusem i maluj. Klamkę i zawiasy se odkręć, ale patrz, jakim kluczem, weź sobie torks to ci będzie łatwiej. Wszystko rozumiesz?
- (Nic!) Oczywiście.
- Jakieś pytania?
- Można pogłośnić radio?
- Dlaczego?
- Bo Abba leci.

            Malowanie okazało się strasznie nudne, więc po jednym dniu próbowałem pogadać ze współpracownikami, ale oni nie odbierali mojego poczucia humoru.

- Jak ci idzie to malowanie chłopaku?
- Wczoraj pomalowałem chyba ze dwadzieścia pięć kilometrów listwy, dzisiaj jeszcze tylko Holmenkollen (skocznia narciarska) i jedną linie metra.
- Jakie metro, ty tu tylko te listwy maluj.
- ok. L

            Kolejną pracą było sprzątanie domów. Trzeba było kilkupiętrowy budynek odkurzyć od samej góry a później po tych samych powierzchniach przejechać mopem nasączonym okropnie śmierdzącym płynem. W Polsce jak chcemy dokładniej posprzątać używamy środków z chlorem, tutaj są z amoniakiem. Smród jest jak u fryzjera w latach osiemdziesiątych. Zresztą odkurzanie to też nie bułka z masłem. Jak w domu jest piątka dzieci, których pasją jest robienie bransoletek z koralików to jest trochę pod górkę. W tym domu miałem śmieszną sytuacje. Kiedy przyszliśmy tam do pracy w korytarzu przywitała nas matka i cała piątka pociech. Na czas sprzątania wszyscy wychodzili na spacer i każde dziecko witało się podając nam rękę. Na końcu stał mniej więcej trzyletni chłopiec i zamiast jednej ręki, wyciągał do góry dwie. Złapałem go za obie a on przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Matka osłupiała, bo jak wyjaśniła on nie lubi obcych, zresztą niewielu ludzi lubi. Do zademonstrowania posłużyła jej zjawiająca się właśnie ciocia chłopca, która nachyliła się i dostała kopa w kostkę.

            Żeby zaoszczędzić na fryzjerze, co dwa tygodnie spotykamy się u Szpary i Myszka goli mi głowę. Zadzwoniła kiedyś jak byłem w pracy:

- Ty.
- No?
- Na czesanie przychodzisz?
- Nie wiem czy będzie trzeba, jeszcze dwa domy i od tego środka będę miał loki jak baran.
- To na kolor chociaż.
- Czy ty jesteś poważna? Każdy, kto oglądał Legalną blondynkę wie, że po trwałej nie wolno moczyć włosów.
- Oczywiście, że wiem, tylko mi tu stary stoi i gada, to powtarzam takie głupoty. Na placek przyjdź, bo piekę.
- Na placek zawsze.

            Byłem także opiekunkiem do dziecka. Ale to był charakterny chłopiec i zatęskniłem za malowaniem listew. Miałem tylko jedno proste zadanie. Nie wolno było dopuścić, żeby dziecko zjadło cokolwiek z cukrem, poza tym luz. Tyle tylko, że on nie chciał jeść niczego innego poza goframi, naleśnikami, lodami i wszelkim dobrem naładowanym cukrem pod korek.

            Wracając kiedyś po takim opiekowaniu postanowiłem poprawić sobie humor nabywając bluzę z kolekcji Wanga dla H&M. w Norwegii rozmawia się bardzo swobodnie, tu nikt nie ukrywa wieku i nie sili się na dyplomacje.

- Dzień dobry, nie ma już tych czarnych bluz?
- Coś ty, w czterdzieści minut się rozeszły.
- A co zostało?
- Kurtkę mam dla ciebie dmuchaną, całą z materiału odblaskowego.
- Jak ja to ubiorę, to będę wyglądał jak lalka Michelina.
- To prawda.
- Dlaczego tych bluz mało było?
- To już się musisz Wanga zapytać.

            I jak na życzenie obróciłem się a za mną stał azjata w długich włosach.

            W końcu zadzwonili do mnie z agencji pracy, bo zainteresowało ich, że skończyłem Bezpieczeństwo lotnicze. Szukają ludzi do pracy na lotnisku, wprawdzie do budowy nowego terminala a nie do kontroli lotów, ale im pasowałem. Rozmowa odbywała się w trzech językach, byłem cały mokry, ale się udało. W związku z tym, że praca jest od stycznia a na lotnisku muszę mieć wszystkie norweskie dokumenty musieli wysłać mnie do kilku jakichkolwiek prac, żeby przyspieszyć wyrobienie potrzebnych papierów.

            Jak dostałem wszystkie ciuchy i kask to jechałem taki podniecony, że chciałem się w to ubrać już w metrze. Nie mogłem się doczekać i jak pojechałem tego samego dnia po biurko do Ikea to składałem je w domu ubrany w kask.

            Pierwszego dnia, jako pomocnik na budowie, miałem pracować z grupą ludzi, którzy są tu już od dawna. Okazało się, że mówię najlepiej po angielsku, więc jak ktoś przychodził i mówił: - Jeden z panów do kopania dołu, to wybierałem kogoś – Pan prosi, żebyś z nim poszedł.

            Przed świętami trafiłem na ogromną budowę hali sportowej. Jest tam jeden pan, nie wiem jak nazywa się ta funkcja, ale trzyma za mordę całą ekipę. A nie dość, że jest tam ponad setka ludzi to zróżnicowanie językowe, jak na wieży Babel.

            Moim zadaniem jest dopilnowanie, żeby wszystko trafiło do odpowiednich kontenerów. Do jednego styropian, do innego metal i tak cały dzień. Wszyscy są uśmiechnięci i rozmowni. Mam już sporo znajomych. Norweski elektryk Martin, który pomimo niespełna trzydziestu lat jest trochę głuchy i strasznie głośno mówi, dwumetrowy Hiszpan na koparce, trzech chłopaków z Kosowa – malarze. Nie wiem jak się mówi jak ktoś jest z Kosowa, Kosowianie?, Zresztą przez pierwszy dzień myślałem, że to francuzi. Jest jeden miły Somalijczyk, który dopytuje mnie o to jak żyje się w Polsce. Jest pani Whereistoilet, miła filipinka około pięćdziesiątki, cierpiąca na częstomocz i kilka pięknych blond Litwinek.


            A pojutrze lecę do Polski po jeszcze jeden papierek i zaczynam pracę na lotnisku.

piątek, 5 września 2014

OD WCZORAJ MIESZKAM W NORWEGII


            Przyleciałem do Oslo w nocy, zostałem odwieziony do pustego jeszcze mieszkania Szpary i Myszki, którzy płyną promem i po emocjach trwających przez ostatnie dwa tygodnie wreszcie poczułem spokój.

            Jestem Wam winien wyjaśnienia. Po wizycie w Oslo w styczniu już w samolocie zapadła decyzja, że wszyscy chcemy tu mieszkać. W lutym rozpoczęliśmy kurs norweskiego i przez ostatnie pół roku wszystko kręciło się wokół wyjazdu. Żadnych urlopów i przyjemności, nawet zakupy w H&M musiały zostać zawieszone (na szczęście moja karta zniżkowa tutaj też działa). Wypowiedzenia wynajmowanych mieszkań, pracy i zawalenie piwnic i garażów rodziców telewizorami, rowerami i wszelkim dobrem, które nie da się zabrać w pierwszym rzucie.

            Nauka norweskiego była dość interesująca ze względu na nauczyciela. Pan, który podjął się zadania nauczenia nas języka jest jego pasjonatem i bardzo drażni go fałszywa wymowa. Ja nie umiem mówić po niemiecku, co byłoby bardzo przydatne, więc czasami krzyczał. Siedziałem w ławce ze Szparą:

- Proszę zapytać sąsiadki jak ma na imię?

(pisze fonetycznie)

- Wa hieter du?
- Jak?!!!
- Wa hieter diu.
- Dobrze, jeszcze raz
- Wa hieter du.

            W tym momencie facet odkłada książkę i biegnie między ławkami w naszą stronę. Wyprostowałem się i spotkałem spojrzeniem z przerażoną Szparą.

- Przypierdoli ci.
- Zaraz się zesram.

            Stał mi już nad głową.

- Panie Jakubie raz jeszcze proszę.
- Wa hieter diuuu.
- Bardzo ładnie. Jak pan jeszcze raz powie „du” to wyjdę do łazienki (w norweskim „du” to ubikacja)

            To jest niewiarygodne. Mam trzydzieści trzy lata, płace za ten kurs kupę forsy a bałem się jak przed maturą w szkole średniej. Były też inne atrakcje. Na pierwszych zajęciach pojawiło się sporo atrakcyjnych osób, więc olałem rozmowę ze Szparą i zacząłem poznawać ludzi. Nie podobało jej się to.

- Kuba, wpadniesz do mnie po zajęciach na kieliszek wina?

            Byłem spalony.

- Dlaczego zawsze mi to robisz?
- Co?
- Jak widzisz, że ktoś mi się podoba, to mówisz coś głupiego?
- A co ja powiedziałam?
- Kieliszek wina, serio?
- Dobrze twardzielu, następnym razem zaproszę cię na szklankę spirytusu.

            Przyszła na kolejne zajęcia. Odczekała aż zacznę z kimś gadać i rzuciła przede mną różowy zeszyt cały w brokacie.

- Kuba, masz ten zeszyt do słówek, o który prosiłeś.

            Do końca kursu siedzieliśmy razem.

Przygotowania do wyjazdu i podróż też były bogate w wydarzenia, ale o tym później Wam opowiem, bo jutro idę do pracy. Nie zacząłem jeszcze stałej, więc kolega, który jest tu już bardzo długo zadzwonił dziś rano.

- Kuba chcesz pracę na dwa dni?
- Pewnie.
- Jeszcze nie wiesz, jaką.
- Jak nie jest to kierowanie bankiem światowym po norwesku to biorę. Nudzę się w domu.
- Starsza pani potrzebuje pomocy przy przeprowadzce, ale żaden z moich pracowników nie mówi po angielsku a ona chce pogadać.
- Chcę bardzo. Lubię gadać.
- To idź do niej popołudniu, to dwie kamienice za tobą.

            Bardzo miła starsza pani podobnie jak ja chyba dawno nie miała przyjemności władania tym językiem, więc się wspomagaliśmy. Miałem już plus na wejściu, bo jej trzy psy bardzo mnie polubiły i mam na imię Kuba, co ją śmieszy.

- Pokaże panu, co należy przenieść.
- Bardzo proszę.
- Wszystko z tego pokoju i tego drugiego.
- Ależ ta kanapa jest ogromna.
- Wiem, trzeba ją chyba będzie…
- …

            Zapomnieliśmy jak to powiedzieć i wzniosłem się na wyżyny umiejętności lingwistycznych.

- Rozseparować!
- Otóż to. Widzimy się jutro.
- Do zobaczenia.

            Tak, więc kochani, uczcie się języków i koniecznie uzyskajcie tytuł magistra w jakiejś prestiżowej uczelni państwowej. Będziecie mogli nosić kartony w Norwegii.


Jestem szczęśliwy. Wracając ze spotkania poszedłem poczytać książkę nad morzem.

niedziela, 25 maja 2014

LATO W OSLO

            Zachwycony pierwszym wyjazdem do Norwegii postanowiłem pojechać tam po raz kolejny. Ten wyjazd miał się znacznie różnić od poprzedniego, ale nie wszystko wyszło tak jak planowałem.

            Po atrakcjach w Modlinie podczas ostatniego lotu tym razem padło na Okęcie. Bliżej, wygodniej i jeszcze napatrzeć się można na starty i lądowania pijąc kawkę i grając w cukierki. A propos, Was też tak pogięło na punkcie tej gry? Całe życie w nic nie grałem odkąd rozwaliłem o ścianę rosyjską gierkę „jajeczka”, bo wilk za wolno ruszał się z koszyczkiem. Teraz tylko czekam, kiedy będę miał nowe życia, żeby stukać dalej. Nie tylko ja zwariowałem, bo na mapie widzę, kto z moich znajomych gra i co najgorsze, na jakim jest poziomie. Zdarzają się nawet nocne telefony:

- Śpisz?
- Co jest lalka?
- Wyślij mi życie na cukierkach, bo mnie zaraz szlag trafi.
- Czyś ty zwariowała?
- Trzeba było mi tego nie pokazywać, ta gra niszczy mi życie i małżeństwo.
- Małżeństwo?
- Stary jest o jeden poziom ode mnie wyżej, nie wysłał mi życia i poszedł spać.

            Tak, więc teraz najgorszą rzeczą, jaką można komuś życzyć wśród moich przyjaciół jest: „żebyś utkwił na tym poziomie na miesiąc”

            Ale o wyjeździe. Na lotnisku byłem jak zawsze dwie godziny przed odlotem, są jednak ode mnie lepsi. Wysiadając z autobusu zadzwonił telefon:

- Gdzie jesteś?
- Już wchodzę na lotnisko.
- Ja siedzę na odlotach, chodź, bo mamy problem.

            Szpara zawsze świruje na wyjazdach, ale tym razem minę miała silnie strapioną i przekładała rzeczy z jednej walizki do drugiej.

- Mam dziesięć kilo nadbagażu.
- Tyle naładowałaś?
- No.
- Ja mam tylko szmaty.
- To daj to do mnie, a ja ci dam coś ode mnie.
- Spoko, a co mam wziąć?
- Masz cały wybór: karkówka, żeberka czy pierogi?

            Zdecydowałem się na pierogi, w ilości sto sztuk, które okazały się wielką zamrożoną kostką, owiniętą w sportową bluzę, ważącą tonę. Wypełniła tym ładunkiem mój podręczny plecak i dodatkowo poinstruowała:

- Idź swobodnie, żeby nie było widać, że to jest ciężkie.
- Jak swobodnie, jak mnie wyprostowało jak żołnierza na warcie?
- To weź wózek.

            Walizki położyliśmy na wózku i pojechaliśmy się odprawić. Wśród pasażerów dwie pary maleńkich bliźniaków, zwiastujących ryk na pokładzie, ale nie to nam teraz w głowie. Najważniejsze to przemycić kontrabandę w postaci wagonu mięsa, ponieważ moja serdeczna przyjaciółka postanowiła urządzić grilla na fiordzie.

            Spieszę z wyjaśnieniem. W tym całym szmuglowaniu półtusz za morze nie chodzi o skąpstwo, tylko o zdrowy rozsądek. Trochę ostatnio przesadziłem z opowiadaniem Wam o kosmicznych cenach w Oslo, bo teraz zobaczyłem, że są tylko trochę wyższe od naszych. Jednakowoż mięso jest bardzo drogie, bo kilogram wołowiny kosztował w sklepie pod naszym domem ponad pięćset koron, czyli jakieś dwie i pół stówy. Dodatkowo niedostępne są tam takie rzeczy jak chrzan, bez którego nie ma colesława, bez którego z kolei nie ma grilla.

            Walizka na wadze miała dwa kilogramy za dużo. Pani się skrzywiła a Szpara udawała zdziwioną.

- Przed chwilą ważyła prawidłowo, może coś jest z tą wagą nie tak?
- Możemy przejść do tamtej, na której było dobrze.
- No to chyba będzie trzeba.

            Z pomocą przyszły bliźniaki w wózku zaparkowanym za nami rozdzierając się niemiłosiernie.

- Albo dobra.
- Dziękuję bardzo.
- Czy mogę tylko zobaczyć jak duże są bagaże podręczne?

            W tym momencie moja przyjaciółka wykazała się nadludzką siłą podnosząc jedną ręką dwa małe plecaki ważące więcej niż bagaż główny. Nawet okiem nie mrugnęła. Zdziwili się za to celnicy prześwietlając nasz bagaż. Szturchali się pokazując sobie ekran. W razie czego postanowiliśmy się upierać, że to jedzenie do samolotu. Tatara będziemy jedli.

            Przeszło gładko. Pierwszy raz w życiu nikt mnie nie macał i cofał. Spokojnie patrząc na samoloty czekaliśmy na wylot. W grupie pasażerów naszego lotu nikt nie zdradzał, że na pokładzie mogą być nieprzewidziane atrakcje. Zupełnie przeciętny tłum kłębił się przy bramce, co jest idiotyczne, bo i tak każdy ma przypisane sobie miejsce, to nie autobus do Pułtuska, ale nie dziwi. Szpara oddała mi swoje miejsce przy oknie, bo jak zawsze zamierzała spać. Kiedy na trzecim fotelu usadowił się skory do pogawędek tęgi, spocony pan chciała się na nowo zamienić. Po chwili jednak pan się rozmyślił, bo upatrzył jakieś atrakcyjniejsze towarzystwo i mogliśmy spokojnie lecieć.

            Startowaliśmy wieczorem. Bezchmurne niebo pozwalało obserwować pięknie rozświetloną Warszawę pod nami. W samolocie cicho i ciemno.

„Mam tak samo jak ty, 
Miasto moje a w nim: 
Najpiękniejszy mój świat 
Najpiękniejsze dni…” 

            Myślałem, że to jakaś atrakcja dla pasażerów, albo mam omamy słuchowe, ale nie dość, że ktoś śpiewał to jeszcze przygrywał sobie na trąbie.

„Gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt
Już dziś wyruszaj ze mną tam 
Zobaczysz jak, przywita pięknie nas 
Warszawski dzień…” 

            Lalka uniosła tylko oczy, w których można było wyczytać: nic mnie dziwi jak z tobą latam. Światła się rozjaśniły, samolot nabrał odpowiedniej wysokości i ten One Man Band pokazał się współpasażerom, po czym przeszedł na koniec samolotu. Okazało się, że jest to jakiś stary pijak, tylko młody rosły chłopak wyposażony w dziwny instrument dęty, koloru miedzianego. Nie znam się na tym, to było coś pomiędzy waltornią a rogiem Wojskiego. Na swoje miejsce już nie wrócił. Myśleliśmy, że zasnął w ubikacji, bo stary wprawdzie nie był, ale nawalony jak należy.

             Po jakimś czasie zaniepokojona małżonka muzykanta zaczęła się nerwowo rozglądać. Wypatrzonemu lubemu coś bezgłośnie mówiła, pokazując brak zęba na przedzie, na co on odpowiadał pełnym głosem

- Siedź kurwa!

            Moja współpasażerka nie wytrzymała. Zrezygnowała ze snu i zamówiła dwa drinki.

- Nici ze spania, odłóż tę książkę.
- Ok.
- Dobrze, że ten lot się zaraz kończy, co za jełop…  na co ty się tak gapisz w to okno jak ciemno?
- Właśnie, że im bliżej tym jaśniej, dziwne.
- Co w tym dziwnego?
- Jest coraz później a my lecimy i robi się jasno.
- Białe noce.
- Co?
- Masz maturę z geografii, wypadałoby wiedzieć.
- Do końca życia mi będziesz tę maturę wymawiała?                                                           
- To zobowiązuje.
- Mówiłem o uprawie ziemniaka na świecie a nie o białych nocach, jakbyś nie zauważyła to od tego czasu zdążyłem zrobić już magistra z bezpieczeństwa lotniczego.
- Żebym lepiej o tym nie zaczęła.
- Mów o tych nocach. Jak to jest, jak słońce jest z boku to raz mamy dzień a raz noc a tu co jest?
- Sama nie wiem teraz, chyba wyżej jest.
- To ciepło powinno być.
- A jak na pustyni w dzień jest ponad czterdzieści stopni a w nocy minus dwadzieścia?
- No tak.
- Bigos dobrze gotować.
- Pewnie, w nocy się przemrozi…
- A w dzień przegotuje.

            Być może doszlibyśmy w tej rozmowie do jeszcze ciekawszych wniosków, ale samolot przyciemnił światła i zaczął schodzić do lądowania a uwagę wszystkich pasażerów zwrócił hałas rozlegający się na tyle. Otóż wokalista zaczął okładać pięściami siedzącego obok pana, inny delikatnie próbował go odciągnąć a akompaniowała im stewardessa drąc się przez mikrofon, żeby się uspokoili. Na bijatyce ucierpiał także instrument, ponieważ kiedy boksera rozbolały pięści okładał nim tego drugiego. Gdyby koleś był mniejszy to pewnie ktoś dałby mu w łeb i usadził, ale nie dość, że naprawdę był spory to jeszcze nawalony jak stodoła po żniwach. W końcu przy pomocy dwóch panów udało się stewardessie zaciągnąć go na swoje miejsce skąd już tylko wydzierał się w stronę tyłu z charakterystycznym mazowieckim akcentem

- Zajebe cię kurwo, wyjdziesz to cie zajebe!

            Małżonka nie miała na niego żadnego wpływu. Siedziała wpatrując się w okno, widać tego uzębienia, które jej zostało wolała nie tracić.

            Gdyby nie ten cyrk, byłoby to najpiękniejsze lądowanie w moim życiu. Samolot schodził łukiem na mocno oświetlony pas i dokładnie było widać dwa statki schodzące przed nami, lekko pochylone i migające światłami. Usiedliśmy na pasie, ludzie zaczęli wywlekać swoje bagaże z pawlaczy, ale uaktywnił się kierownik zamieszania. Stał przy swoim fotelu z rękoma splecionymi na piersiach patrząc się na tył samolotu.

- Czekam na ciebie chuju!

            Spotkał się wzrokiem z jakimś zdziwionym facetem za mną.

- Nie, nie na pana, proszę pana, na tego chuja!

            Chuja wyprowadzono tylnym wyjściem, więc gwiazdor szedł przede mną do wyjścia z przodu. Bardzo chciałem zobaczyć jak zgarnia go policja przed samolotem, bo nigdy czegoś takiego nie miałem okazji zobaczyć a widziałem jak stewardessy rozmawiały między sobą po lądowaniu i jedna pomówiła przez słuchawkę w ścianie najprawdopodobniej z kapitanem.

            Z samolotu wysiadł normalnie i zajął miejsce w autobusie. Kiedy ten dojechał pod terminal otworzyły się wielkie metalowe, przesuwane drzwi i wszyscy weszli do środka. Kiedy z trzaskiem zamknęły się za nami okazało się, że w środku są wszyscy, łącznie z bezzębną małżonką, ale nie ma tego osła.

            Odetchnęliśmy z ulgą, ale nie wszyscy. Palące uczucie nie pozwoliło kobiecie zostawić tego w ten sposób. Tłum ruszył po bagaże i do wyjścia a ta szczerbata wróciła się i waliła pięściami w metalowe drzwi drąc się po polsku.

            Niestety okazało się, że nikt go sposobem nie zatrzymał. Został tam tylko dlatego, że był pijany i nie zauważył zamykających się drzwi a zajęty był rozmową z kierowcą autobusu, też polakiem. Szczęśliwa para opuściła lotnisko normalnie, bez żadnych konsekwencji, odjeżdżając przed nami samochodem na polskich rejestracjach.

            Postanowiliśmy już o nich nie myśleć. Łatwo nam to przyszło, bo przyjechali po nas Irek z Myszką i zrobiło się bardzo miło. W domu zaczęło się rozpakowywanie, powitalne drinki a na zewnątrz zrobiło się lekko szaro. Ja wiedziałem, że jeszcze nie usnę, więc zostałem ze Szparą w salonie a do przygotowanej dla nas sypialni poszli gospodarze.

            Rozpakowując raczyliśmy się trunkami i wychodziliśmy na fajki do palarni w końcu korytarza. Około godziny trzeciej zrobiło się znowu zupełnie jasno. Wiedziałem, że ze spania nici, więc siedzieliśmy do rana czekając aż tubylcy wstaną do pracy. Z jednej fajki wróciłem szybciej i po minie wchodzącej za mną koleżanki widziałem, że kogoś będzie udawała, nie mogłem zostać w tyle. Okazało się, że zainspirowała ją polonia z samolotu.

- O jesteś.
- A ty z roboty?
- No, tonę ziemniaków dzisiaj musiałam obrać, padam z nóg.
- U mnie też nie lekko, ale pół roboty mam zrobione, jutro tylko dokończę.
- A co robiłeś?
- Zamiatałem pas startowy i już pół mam za sobą.
- Fajną masz robotę, może kiedyś dadzą ci odkurzacz?
- Też o tym marzę, ale najgorsze jest to, że tej książki z Polski to już chyba nigdy nie skończę.
- A audiobooka nie możesz mieć?
- Nie, bo ja musze zbiegać jak samolot ląduje, w słuchawkach mógłby mnie potrącić.

            Domownicy wstali, my poszliśmy spać.
            Po pobudce poszliśmy zobaczyć te miejsca w Oslo, które oglądaliśmy zimą. Tego dnia pogoda była przepiękna i miasto okazało się jeszcze bardziej zachwycające niż ostatnio. Ratusz, port, opera, pałac, jedno po drugim czarowało, bo słońce świeciło jak w lipcu i dziękowałem opatrzności, że zabrałem ze sobą krótkie spodenki.

            Wieczorem kolacja i dyskusje w pełnym gronie, bo kolejnego dnia w Norwegii było najważniejsze święto w roku i wszyscy mieli wolne. Palić chodziliśmy wszyscy. Osiedle, na którym mieszkaliśmy jest w samym centrum i bardzo ciasno poustawiane są tam budynki. Jednym z nich jest szpital. Akustyka jest jak w greckim teatrze, więc każda impreza słyszana jest jak zza ściany. Większość była dość spokojna poza jedną kilka pięter nad nami. Najpierw zdziwił nas rozkręcony na cały regulator hip hop w rodzimym języku a była już prawie druga w nocy. Po czym z wrażenia i wstydu woleliśmy już milczeć, bo dały się usłyszeć dwie niewiasty goszczące na tym balu.

- Pij kurwa, co nie pijesz?
- Weź się.
- No pij, bo ci wjebie.

            Zareagowaliśmy na to decyzją, że na papierosie będziemy rozmawiać po angielsku, żeby nikt nie pomyślał, że trole z góry są naszymi znajomymi. Ledwo decyzja ta zapadła i z góry poleciał gargantuicznych rozmiarów paw. Wystarczyło go żeby obrzygać cały motor stojący pod naszym balkonem.

            Rano wszyscy szykowaliśmy się, żeby pójść zobaczyć paradę. Ubrałem się pierwszy i czekałem przed domem. Z budynku naprzeciwko jedna po drugiej wychodziły panie ubrane coś tak, jak mi się skojarzyło – norweskie Mazowsze. Później okazało się, że znakomita większość pań tego dnia ma takie stroje, choć dość zróżnicowane. Zawsze była to długa spódnica ręcznie haftowana, jakaś biżuteryjna ozdoba na piersiach w kształcie rozety i czasami czepek, kolory najróżniejsze. Panowie w wełnianych skarpetach do kolan i czymś podobnym do kontusza, także haftowane. Jak mi później wyjaśniono, kolor i wzór stroju zależy od regionu Norwegii, z jakiego pochodzi dama. Ubrania te kosztują dość dużo, więc byłem pełen podziwu, że tyle pań postanowiło uczcić dwusetną rocznicę niepodległości. Okazuje się, że mają je w domach od zawsze, bo ubierają je zawsze w ważne święta a czasami nawet na wesela.

            Irek objaśniał, dlaczego maturzyści tego dnia jeżdżą w wynajętych tylko dla siebie autobusach, tańcząc na dachach, ubrani w czerwone, niebieskie i zielone spodnie. Dlaczego rozdają swoje wizytówki, na których czasami jest numer telefonu i jak należy odkrzykiwać na zawołania od tłumu.

            Wracając kupiłem sobie ze Szparą po butelce jakiegoś ichniejszego power rade i wstąpiliśmy do sklepu po zakupy na grilla. W Norwegii butelek się nie wyrzuca, zresztą wszystko się segreguje, więc w sklepie chcieliśmy oddać je jak należy. Staliśmy przed ścianą, w której były dwa otwory, jeden okrągły, drugi kwadratowy, wypełniony reklamówkami. Z trudem rozczytując podpisy zrozumieliśmy, że ten okrągły ma napis CZERWONY KRZYŻ, więc tam się wrzuca ubrania, a my mamy butelki. Szpara zachowała się jak na prawdziwą Polkę przystało. Rozejrzała się na boki, po czym wepchnęła nasze butelki pod reklamówki i wyszliśmy ze sklepu. Jak nam później wyjaśniono, okrągły był na butelki. Napis na przycisku służy do tego czy kasę za butelki chcesz dla siebie, czy oddać na Czerwony Krzyż. Ale byliśmy dumni, że napis zrozumieliśmy.

            Spakowani na grilla udaliśmy się na wyspę tak malowniczą, że trzeba by Mickiewicza, żebyście mogli poczuć się tam tak jak my, więc opowiem o podróży. W autobusie zabrakło miejsc siedzących dla mnie i Myszki, więc staliśmy w rozkroku, żeby się nie przewrócić, ja z dwoma grillami a Myszka z plecakiem. Nagle siedzący obok bardzo wiekowy już pan, ubrany w piękny granatowy garnitur Bossa słysząc rozmowę w innym języku zapytał mnie po angielsku. (Wszyscy w Norwegii słysząc obcokrajowców bez problemu przechodzą na angielski, od dzieci po starców. Zresztą mówią pięknym brytyjskim a nie niechlujnym amerykańskim)

- Skoro ja siedzę, proszę dać mi te grille na kolana.
- To nie jest ciężkie, nie trzeba, ale bardzo panu dziękuję.

            Miejsce obok pana zwolniła mi jednak dziewczyna i usiadłem. Pokazywaliśmy sobie z Myszką to, co zachwyca nas za oknami, skocznię narciarką, maszerujących w pełnym umundurowaniu żołnierzy i piękne domy. Pan natychmiast objaśniał szczegółowo, co widzimy. Na koniec życzył nam udanego popołudnia.

            Rozłożyliśmy się na trawie przy fiordach, podziwiając pływające wielkie promy i golasów z plaży naturystycznej na sąsiedniej wysepce. Depilacja w Norwegii nie jest koniecznością.

            Było nas tam około dziesięciu osób, ale Szpara przygotowała tyle pysznego jedzenia, że jedna z dziewczyn zaproszona na to popołudnie, przygotowane przez siebie potrawy schowała zawstydzona do swojego plecaka.

            Po powrocie rozdzieliliśmy się, bo każdy chciał robić, co innego. Na moje szczęście Irek nie miał ochoty zostać w domu i zaprosił mnie na piwo do miejsca, które jak obiecał „na pewno ominęliście na spacerze a jest najpiękniejsze w Oslo”. Słodki Jezu, oszalałem. Mógłbym tam umrzeć. Cała dzielnica mieści się na jednym z wysuniętych w morze kawałku miasta. Dookoła tylko beton, metal i szkło. Kilka banków, muzeum sztuki nowoczesnej i luksusowe apartamentowce z restauracjami zajmującymi najniższe poziomy. Raj. W drodze powrotnej zrozumiałem, co oznacza „świętowanie po norwesku”. U nas jest sporo dni w roku, kiedy można spotkać wielu podpitych na mieście. Nie mamy jednak takiego święta, kiedy zezowate jest całe miasto. Piją jednak trochę inaczej niż my, bo wyłącznie na wesoło, ale jak mamę kocham wszyscy. Starałem się znaleźć jedną trzeźwą osobę tego wieczoru na mieście. Chciałem wskazać na jedną z dziewczyn na przystanku, ale po dłużej chwili okazało się, że coś za często mruga. Jednakowoż to bardzo atrakcyjny naród, nawet pijany.

            Ostatniego dnia Szpara wymyśliła wizytę w podośleńskim wesołym miasteczku. Ja już jestem za stary i boje się jak cholera, ale wszyscy chcieli, więc pojechałem. Zaskoczyło mnie jednak, że sunąc betonowymi tunelami pod miastem niezłym samochodem jedziemy strasznie wolno. Dopiero jak się rozejrzałem to zobaczyłem, że wszyscy, podobnie jak widziałem to u naszych zachodnich sąsiadów, jadą zgodnie ze znakami nakazującymi ograniczenie prędkości. Co dziwne nawet motocykliści, co i niemieccy olewają. Widząc niepokój na mojej twarzy, żeby nie powiedzieć obsrane majtki przed niechybną śmiercią na jednym z rollercoasterów Irek włączył mi Nad modrym Dunajem Strauss’a. Wyjechaliśmy z tunelu i mijaliśmy skalne zbocza w akompaniamencie muzyki klasycznej.

            Wchodząc do parku rozrywki miałem miękkie nogi. Pierwsza kolejka górska. Serce miałem gdzieś w tyłku a ręce zaciskałem na fotelu Szpary lecącej przede mną, aż zsiniały mi palce. Irek, siedzący z boku jeszcze mnie nakręcał, mówiąc, żebym spojrzał w bok, bo miasteczko jest na wzniesieniu i jak lecisz jest dwa razy wyżej, niż kiedy się wsiada. Przysięgam, że kiedyś przez te jej głupie pomysły zejdę na zawał.

            Następne kolejki były jeszcze gorsze. Jedna drewniana, na którą wsiadałem najspokojniej, bo nie miała nic do góry nogami, była najgorsza. W kolejce do innej adrenalina zrobiła już swoje i mówiłem więcej i szybciej niż zwykle. Jednak w tej paplaninie zauważyłem, że przedrzeźnia mnie dwóch małych chłopców. Angielski oczywiście nie był dla nich problemem.

- Nabijacie się ze mnie?
- Nie, tylko nie wiemy skąd pan jest.
- Z Polski. (from Poland)
- Mówi się „Pulska”.
- Skąd wiecie?
- Moja babcia pochodzi z Polski.

            Okazuje się, że tam dzieci zamiast pacierza uczy się angielskiego, którym władają od najmłodszych lat. Dzieci są zaskakująco odważne na tych karuzelach. Niczego się nie boją. Nie wiedzą najwidoczniej, co to wylew. Na jednej ławce fruwającej pod niebem a na koniec wpadającej pod ziemię, siedziała obok nas malutka dziewczynka. Barierka zabezpieczająca jest jednak jedna dla wszystkich, więc jak docisnęli ją nam do brzuchów to, to dziecko miało jeszcze tyle miejsca, że mogłoby na tym drągu zrobić fikołka a siedziała na samym brzegu. Szpara darła się przez cały lot, żebym trzymał to dziecko. Mnie krew odpłynęła z twarzy ze strachu a jak wylądowaliśmy rozbryzgując wodę na wszystkie strony uśmiechnięta gówniara przybiła mi piątkę.

            Okazuje się, że Norwedzy są bardzo pragmatyczni. U nas większość napojów bogata jest w magnez, bo często lubimy się napić alkoholu. Tam w wesołym miasteczku sprzedaje się napoje bogate w węgiel, zapobiegający wiadomo, czemu.

            Na lotnisko jechaliśmy pociągiem – rakietą, ale po takim poranku nic już nie było straszne. Szybka odprawa, bez macanka i usiedliśmy na końcu samolotu w obawie o kolejnego przedstawiciela polonii. Szpara zasnęła natychmiast a ja zatopiłem się w lekturze. Jechała z nami szkolna wycieczka z Polski z przeziębionym wychowawcą. Czytanie przerywało mi tylko jego kichanie, na które chórem pół samolotu krzyczało NA ZDROWIE.

            Przy lądowaniu obudziła się moja przyjaciółka.

- Co jest?
- Nic.
- Dlaczego się wiercisz?
- Nie wiercę.
- Denerwujesz się lądowaniem?
- Zwariowałaś?
- To, o co chodzi?

- Na Projekt Runway nie zdążę.

niedziela, 23 lutego 2014

W CZASIE DESZCZU DZIECI SIĘ NUDZĄ


            Wychowywanie dzieci to nie jest łatwa sprawa. Z autopsji tego nie wiem, ale zetknąłem się już z maluchami w najbliższej rodzinie i posiadam licencjat z pedagogiki, więc mogę się mądrować.

            Miałem szczęśliwe dzieciństwo. Do domu wracałem brudny jak świnia i musiałem rozbierać się na klatce schodowej. Teraz dziwnie to brzmi, ale w tamtym czasie wizja wychlapania kaloszami całej kałuży czy zrobienia kurzu z żużlu zwiastowało genialną zabawę. Brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Obserwuje teraz swoich przyjaciół i ich podejście do pociech. Jedni każą siedzieć dziecku w miejscu, żeby tylko się nie upaprało inni pozwalają bawić się na całego. Znajoma z uczelni poszła ze swoim dzieckiem na spacer i nie dość, że jemu pozwoliła skakać po wodzie to przez to, że robiła mu zdjęcie sama też wróciła brudna. Ja nie jestem jakimś trolem, ale to naprawdę sprawiało mi i wielu moim rówieśnikom ogromną radochę i podejrzewam, że z dziećmi jest tak do dziś.

            Za boiskiem do piłki, obok mojego bloku, na betonowym placu po każdym deszczu robiła się ogromna kałuża. Najlepszą zabawą było rozpędzanie się rowerem i przejeżdżanie przez jej środek z rozkraczonymi nogami, chlapiąc na boki. Przy jednym takim przejeździe Piotrkowi spadł łańcuch i rower zaczął zwalniać dokładnie w środku akwenu. On zamiast postawić w wodzie obie nogi i zmoczyć tylko buty, tak długo kiwał się usiłując utrzymać równowagę, że przewrócił się na bok i ufajdał się cały.

            Wzięło mnie dzisiaj na te brudne dzieci, bo chciałem Wam opowiedzieć o mojej kuzynce, która wychowuje dwójkę małych dzieci. Olę i Michała. Nie kojarzę tych dzieci z brudem, to nie jest patologiczna rodzina. Tylko ona daje tym maluchom absolutną wolność.

            Ma bardzo oryginalne sposoby na ich edukacje. Mam relacje z pierwszej ręki, bo często do siebie dzwonimy. Dodatkowo jest potwierdzeniem tego, że kobiety są wielozadaniowe.

- Cześć.
- Cześć, co słychać? Olka skarpety zakłada się na stopy. Tam masz Michał to wiaderko, przestań buczeć.
- Przeszkadzam ci?
- Coś ty, idź mi stąd, bo za chwile pójdziesz do przedszkola w piżamie, mów mów.
- W pracy siedzę i tak pomyślałem, że zadzwonię.
- U nas spoko, z zakupów wróciłam, czekaj on coś je.
- Jak je, sam sobie przygotował?
- Nie, pod stołem coś znalazł, pokaż mi to, aha kluska leniwa.
- Rozkładasz po podłodze leniwe?
- Nie, Olka pewnie wczoraj mnie oszukała przy obiedzie i wrzuciła pod stół a ten łazi i znalazł, nic mu nie będzie, jak za chwile nie włożysz skarpetek to wystawie cie tak na klatkę.
- Co ona z tymi skarpetkami?
- Nie wiem, cofa się chyba w rozwoju.
- Ja ci na pewno nie przeszkadzam?
- Nie, schabowe smażę właśnie to sobie mogę chwilę pogadać, teraz nie korzystaj z łazienki, bo wlałam domestos.
- Ta zima mnie tak wkurza, syf wszędzie.
- To do nas przyjedź.
- Jeszcze tylko gości ci brakuje.
- Już dawno cie nie było, no i walnął się w łeb, będzie ryk, a co ty mi przeszkadzasz, byśmy sobie pogadali, no już wracaj do zabawy.
- Dobrze, poszukam jakichś tanich biletów.
- Już cztery lata szukasz.

            Większość naszych rozmów wygląda właśnie w ten sposób, chyba że jedno dziecko jest w przedszkolu a drugie śpi to rozmawiamy tylko ze sobą, ale ona i tak w tym czasie wyciera kurze, gotuje albo zbiera zabawki.

- Cześć.
- O cześć, właśnie ze Zdzisławą rozmawiałam. Mówi, że Turkiewicza wypuścili i ona się boi wychodzić z domu.
- Dzwoni do ciebie, bo ja jej powiedziałem, że nie będę gadał o głupotach.
- I jak jej powiedziałam, że on na dzieci poluje to powiedziała, że jak ona mu się trafi to też pewnie by skorzystał.
- Głupoty. A co u ciebie taka cisza, oddałaś dzieci do ochronki?
- Nie, Bawią się. Olka go dusi kocem.
- To ładnie.
- Noc za to miałam przebojową. Ryczał jak syrena, bo chyba miał gorączkę i dałam mu syrop, ale rano zobaczyłam, że ma czerwoną smugę od ucha do ust i teraz nie wiem czy mu się ulało, czy wlałam mu ten syrop do ucha.
- Ważne, że gorączka przeszła.
- To jeszcze nic, obudziłam się później a jego nie ma w łóżeczku, to się zerwałam, żeby go poszukać i jak wstałam to na niego wlazłam, bo się położył obok mojego łóżka.
- O rany, musisz uważać.
- Uważam, ale spodziewałbyś się dziecka pod łóżkiem?

            Pamiętam jeszcze rozmowy, kiedy była w ciąży i tematy dotyczyły głównie imion męskich i dolegliwości w stanie błogosławionym. To od niej dowiedziałem się, że matka czuje jak dziecko w brzuchu ma czkawkę. Dodatkowo w czasie tych wszystkich obowiązków jeszcze te dzieci fotografuje, zresztą pięknie.

             A propos zdjęć. Z fotoszopem to już powariowali na całego. Że też te laski się godzą na takie prasowanie. Nikt jej na ulicy nie pozna a jak się pojawi gdzieś na żywo, jako „ona” to się ludzie przestraszą. Sarah Jessica Parker na okładce nowego In Style wygląda jak Kasztanka Piłsudskiego. U dentysty złapałem jakąś gazetę, Rodowicz wygląda teraz lepiej niż jak zaczynała karierę. Albo Kozidrak, nastolatka.

            Byłem kiedyś z Sylwkiem na basenie i kiedy on wiązał buty ja czytałem plakat nad jego głową. Plakat dotyczył koncertu Kasi Kowalskiej, którą tak poprawili, że wyglądała jak Azjatka, gdyby nie nazwisko nikt by nie wiedział, czego to reklama. Sylwek zerknął, na co patrzę na chwilę unosząc głowę znad butów.

- Co to jest?
- Koncert, ale zobacz jak ona wygląda?
- Co ta Chylińska z siebie robi?

            Mężczyźni trochę mniej świrują z poprawkami. Choć Połomski nie wygląda tak na żywo jak się pokazuje. Za to Dorociński w nowym Logo zupełnie normalnie.

            Ale o dzieciach dzisiaj. Mam w Londynie koleżankę Rosjankę, która wyszła za mąż za Rumuna i mają bliźniaki. Tam też w domu jest absolutna wolność. Przy ostatniej wizycie jadłem u nich kolację. Żeby ona mogła spokojnie ją przygotować zaoferowałem, że pobawię się z dziećmi. Piłki były w całym domu, dzieci zaciągnęły mnie do namiotu rozstawionego na środku pokoju. Tam wolność panuje także w rozmowach. Do dzieci mówiłem po angielsku tak jak rozmawiam z ich matką.

- Normalnie do nich mów.
- Jak?
- Po polsku. Ja mówię po rosyjsku, Miron po rumuńsku a goście po angielsku i polsku.
- I one to wszystko rozumieją.
- Pewnie.

            Dzieci będą mówiły w czterech językach. Rewelacja. Przy temacie dzieci i języków muszę Wam jeszcze przedstawić Kubę, syna drugiej mojej kuzynki, która mieszka w Niemczech. On kształci się w języku niemieckim, w domu z rodzicami rozmawia po polsku. Teraz ćwiczy pisanie korespondując ze mną. Daj boże, żeby nam tak łatwo wchodziły nowe języki jak dzieciom. On pisze lepiej po polsku niż kilku moich kolegów.

           
P.S.
Wróciłem właśnie z koncertu Masłowskiej. Kosmitka, śmieszne teksty i wyglądała jak Lady Gaga z lalką przyczepioną do włosów. Nikt niestety nie pomyślał o nagłośnieniu i nic nie było słychać.

Przed klubem kolejka na sto metrów. Miałem bilet od trzech dni, więc ją ominąłem.

- Pan jest na liście?
- Oczywiście.
- To zapraszamy.

            Wyszedłem po trzech piosenkach, bo nic nie słyszałem. Na zewnątrz w kolejce wypatrzyłem laskę, która z nikim nie rozmawiała.

- Sama pani jest?
- Tak.
- To niech pani weźmie bilet, bo mnie nie sprawdzali i wejdzie bez kolejki.

- Dzięki.