niedziela, 23 lutego 2014

W CZASIE DESZCZU DZIECI SIĘ NUDZĄ


            Wychowywanie dzieci to nie jest łatwa sprawa. Z autopsji tego nie wiem, ale zetknąłem się już z maluchami w najbliższej rodzinie i posiadam licencjat z pedagogiki, więc mogę się mądrować.

            Miałem szczęśliwe dzieciństwo. Do domu wracałem brudny jak świnia i musiałem rozbierać się na klatce schodowej. Teraz dziwnie to brzmi, ale w tamtym czasie wizja wychlapania kaloszami całej kałuży czy zrobienia kurzu z żużlu zwiastowało genialną zabawę. Brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Obserwuje teraz swoich przyjaciół i ich podejście do pociech. Jedni każą siedzieć dziecku w miejscu, żeby tylko się nie upaprało inni pozwalają bawić się na całego. Znajoma z uczelni poszła ze swoim dzieckiem na spacer i nie dość, że jemu pozwoliła skakać po wodzie to przez to, że robiła mu zdjęcie sama też wróciła brudna. Ja nie jestem jakimś trolem, ale to naprawdę sprawiało mi i wielu moim rówieśnikom ogromną radochę i podejrzewam, że z dziećmi jest tak do dziś.

            Za boiskiem do piłki, obok mojego bloku, na betonowym placu po każdym deszczu robiła się ogromna kałuża. Najlepszą zabawą było rozpędzanie się rowerem i przejeżdżanie przez jej środek z rozkraczonymi nogami, chlapiąc na boki. Przy jednym takim przejeździe Piotrkowi spadł łańcuch i rower zaczął zwalniać dokładnie w środku akwenu. On zamiast postawić w wodzie obie nogi i zmoczyć tylko buty, tak długo kiwał się usiłując utrzymać równowagę, że przewrócił się na bok i ufajdał się cały.

            Wzięło mnie dzisiaj na te brudne dzieci, bo chciałem Wam opowiedzieć o mojej kuzynce, która wychowuje dwójkę małych dzieci. Olę i Michała. Nie kojarzę tych dzieci z brudem, to nie jest patologiczna rodzina. Tylko ona daje tym maluchom absolutną wolność.

            Ma bardzo oryginalne sposoby na ich edukacje. Mam relacje z pierwszej ręki, bo często do siebie dzwonimy. Dodatkowo jest potwierdzeniem tego, że kobiety są wielozadaniowe.

- Cześć.
- Cześć, co słychać? Olka skarpety zakłada się na stopy. Tam masz Michał to wiaderko, przestań buczeć.
- Przeszkadzam ci?
- Coś ty, idź mi stąd, bo za chwile pójdziesz do przedszkola w piżamie, mów mów.
- W pracy siedzę i tak pomyślałem, że zadzwonię.
- U nas spoko, z zakupów wróciłam, czekaj on coś je.
- Jak je, sam sobie przygotował?
- Nie, pod stołem coś znalazł, pokaż mi to, aha kluska leniwa.
- Rozkładasz po podłodze leniwe?
- Nie, Olka pewnie wczoraj mnie oszukała przy obiedzie i wrzuciła pod stół a ten łazi i znalazł, nic mu nie będzie, jak za chwile nie włożysz skarpetek to wystawie cie tak na klatkę.
- Co ona z tymi skarpetkami?
- Nie wiem, cofa się chyba w rozwoju.
- Ja ci na pewno nie przeszkadzam?
- Nie, schabowe smażę właśnie to sobie mogę chwilę pogadać, teraz nie korzystaj z łazienki, bo wlałam domestos.
- Ta zima mnie tak wkurza, syf wszędzie.
- To do nas przyjedź.
- Jeszcze tylko gości ci brakuje.
- Już dawno cie nie było, no i walnął się w łeb, będzie ryk, a co ty mi przeszkadzasz, byśmy sobie pogadali, no już wracaj do zabawy.
- Dobrze, poszukam jakichś tanich biletów.
- Już cztery lata szukasz.

            Większość naszych rozmów wygląda właśnie w ten sposób, chyba że jedno dziecko jest w przedszkolu a drugie śpi to rozmawiamy tylko ze sobą, ale ona i tak w tym czasie wyciera kurze, gotuje albo zbiera zabawki.

- Cześć.
- O cześć, właśnie ze Zdzisławą rozmawiałam. Mówi, że Turkiewicza wypuścili i ona się boi wychodzić z domu.
- Dzwoni do ciebie, bo ja jej powiedziałem, że nie będę gadał o głupotach.
- I jak jej powiedziałam, że on na dzieci poluje to powiedziała, że jak ona mu się trafi to też pewnie by skorzystał.
- Głupoty. A co u ciebie taka cisza, oddałaś dzieci do ochronki?
- Nie, Bawią się. Olka go dusi kocem.
- To ładnie.
- Noc za to miałam przebojową. Ryczał jak syrena, bo chyba miał gorączkę i dałam mu syrop, ale rano zobaczyłam, że ma czerwoną smugę od ucha do ust i teraz nie wiem czy mu się ulało, czy wlałam mu ten syrop do ucha.
- Ważne, że gorączka przeszła.
- To jeszcze nic, obudziłam się później a jego nie ma w łóżeczku, to się zerwałam, żeby go poszukać i jak wstałam to na niego wlazłam, bo się położył obok mojego łóżka.
- O rany, musisz uważać.
- Uważam, ale spodziewałbyś się dziecka pod łóżkiem?

            Pamiętam jeszcze rozmowy, kiedy była w ciąży i tematy dotyczyły głównie imion męskich i dolegliwości w stanie błogosławionym. To od niej dowiedziałem się, że matka czuje jak dziecko w brzuchu ma czkawkę. Dodatkowo w czasie tych wszystkich obowiązków jeszcze te dzieci fotografuje, zresztą pięknie.

             A propos zdjęć. Z fotoszopem to już powariowali na całego. Że też te laski się godzą na takie prasowanie. Nikt jej na ulicy nie pozna a jak się pojawi gdzieś na żywo, jako „ona” to się ludzie przestraszą. Sarah Jessica Parker na okładce nowego In Style wygląda jak Kasztanka Piłsudskiego. U dentysty złapałem jakąś gazetę, Rodowicz wygląda teraz lepiej niż jak zaczynała karierę. Albo Kozidrak, nastolatka.

            Byłem kiedyś z Sylwkiem na basenie i kiedy on wiązał buty ja czytałem plakat nad jego głową. Plakat dotyczył koncertu Kasi Kowalskiej, którą tak poprawili, że wyglądała jak Azjatka, gdyby nie nazwisko nikt by nie wiedział, czego to reklama. Sylwek zerknął, na co patrzę na chwilę unosząc głowę znad butów.

- Co to jest?
- Koncert, ale zobacz jak ona wygląda?
- Co ta Chylińska z siebie robi?

            Mężczyźni trochę mniej świrują z poprawkami. Choć Połomski nie wygląda tak na żywo jak się pokazuje. Za to Dorociński w nowym Logo zupełnie normalnie.

            Ale o dzieciach dzisiaj. Mam w Londynie koleżankę Rosjankę, która wyszła za mąż za Rumuna i mają bliźniaki. Tam też w domu jest absolutna wolność. Przy ostatniej wizycie jadłem u nich kolację. Żeby ona mogła spokojnie ją przygotować zaoferowałem, że pobawię się z dziećmi. Piłki były w całym domu, dzieci zaciągnęły mnie do namiotu rozstawionego na środku pokoju. Tam wolność panuje także w rozmowach. Do dzieci mówiłem po angielsku tak jak rozmawiam z ich matką.

- Normalnie do nich mów.
- Jak?
- Po polsku. Ja mówię po rosyjsku, Miron po rumuńsku a goście po angielsku i polsku.
- I one to wszystko rozumieją.
- Pewnie.

            Dzieci będą mówiły w czterech językach. Rewelacja. Przy temacie dzieci i języków muszę Wam jeszcze przedstawić Kubę, syna drugiej mojej kuzynki, która mieszka w Niemczech. On kształci się w języku niemieckim, w domu z rodzicami rozmawia po polsku. Teraz ćwiczy pisanie korespondując ze mną. Daj boże, żeby nam tak łatwo wchodziły nowe języki jak dzieciom. On pisze lepiej po polsku niż kilku moich kolegów.

           
P.S.
Wróciłem właśnie z koncertu Masłowskiej. Kosmitka, śmieszne teksty i wyglądała jak Lady Gaga z lalką przyczepioną do włosów. Nikt niestety nie pomyślał o nagłośnieniu i nic nie było słychać.

Przed klubem kolejka na sto metrów. Miałem bilet od trzech dni, więc ją ominąłem.

- Pan jest na liście?
- Oczywiście.
- To zapraszamy.

            Wyszedłem po trzech piosenkach, bo nic nie słyszałem. Na zewnątrz w kolejce wypatrzyłem laskę, która z nikim nie rozmawiała.

- Sama pani jest?
- Tak.
- To niech pani weźmie bilet, bo mnie nie sprawdzali i wejdzie bez kolejki.

- Dzięki.

niedziela, 2 lutego 2014

PAMIĘTNIKI Z WAKACJI – OSLO

            Taki wróciłem nakręcony z Norwegii, że o niczym innym teraz nie myślę. Najgorsze jest to, że wszystko w Warszawie porównuje do tego, co widziałem w Ośle i strasznie na tym tle nasza stolica wypada blado.

            Dzięki zaproszeniu znajomego, który mieszka tam już bardzo długo mogliśmy spędzić weekend w Skandynawii. Szpara jak tylko się dowiedziała, że jest okazja wyrwania się z domu w godzinę znalazła bilety w cenie taksówki z centrum na Pragę. Gospodarz zaproponował, że po nas przyjedzie, więc koszt dostania się do miasta też odpadł i na szczęście, bo był pięciokrotnie wyższy od biletu.

            Straszeni aurą i cenami ubraliśmy się na wyjazd, co najmniej tak, że moglibyśmy jechać tam pod namiot. W drodze na lotnisko odwiedziliśmy także duży dyskont spożywczy w celu nabycia produktów, za którymi tęsknił kolega za wielką wodą. Zakupiliśmy tego znacznie więcej niż sobie tego życzył, bo wakacje wakacjami, ale jak wyczytałem, że Oslo od 2009 jest najdroższym miastem na świecie to postanowiłem jeść tam wyłącznie przywiezione przez siebie suszone kabanosy.

            Atrakcje zaczęły się już na lotnisku. Lecieliśmy we trójkę. Bagaż tylko podręczny z czystymi gatkami i kiełbasą, więc teoretycznie powinno pójść szybko. Nic bardziej mylnego. Szpara i Emil położyli swoje plecaki, oddali zegarki i komórki i hyc przez bramkę. Ja jak zwykle zostałem potraktowany jak terrorysta i diler narkotykowy. Nie wiem, dlaczego zawsze tak jest. Wyglądam zupełnie przeciętnie. Chyba przestanę przed wyjazdami golić głowę i zacznę podróżować ubrany na różowo, może wtedy dadzą mi spokój. Tradycyjnie zdejmowanie butów i macanko po całości. Sprawdzenie skarpetek, palec w majtkach, żeby sprawdzić gumkę okręcając mnie dookoła jak lalkę. Pan, który mnie kontrolował też trafił mi się wyjątkowy. Zawsze przy takiej kontroli należy podnieść ręce i stanąć tyłem, żeby on wygodnie mógł zacząć te pieszczoty. Ustawiłem się jak zawsze i dostałem ostrzegawcze klepnięcie w łopatkę.

- Przodem, to nie mecz.

            Żałuje, że nie zdecydował się zabawiać ze mną od tyłu, bo tak śmierdziało mu z ust, że odechciało mi się całego tego fruwania. Mama zawsze mi mówiła, że w podróż trzeba się ładnie ubrać, więc ja na lotnisku stawiam się starannie wyprasowany, nienagannie ogolony i w nowej bieliźnie. Po tych kontrolach jestem, wymiętolony i spocony z nerwów.

            Emil lecący ze mną chyba już trzeci raz częściowo odciąga ode mnie świrów. Tym razem romska pasażerka przyczepiła się do niego. Była oburzona, że nie pozwolono jej wnieść zakupionej jeszcze przed odprawą wiśniówki. Całą butelkę zmuszona była wyrzucić. A propos! Od wczoraj zmieniły się zasady wnoszenia płynów na pokłady samolotów. Pomijam już komentowanie tego kretyńskiego prawa. Nikt flakonem perfum samolotu nie wysadzi. Najprawdopodobniej, żeby zapobiec chlaniu z własnych butelek w czasie podróży, teraz wszystko zakupione będziemy wkładać w worki, które mogą być skontrolowane także przy wysiadaniu. Podejrzewam, że rodacy znajdą i na to sposób. Kupią jedną butelkę mniejszą, którą zrobią całą w czasie podróży i pustą flaszkę zostawią na pokładzie. W tanich liniach, gdzie samolot lata w tą i z powrotem i czasami nie ma czasu na sprzątanie teraz dodatkowo będą walały się jeszcze puste butelki.

            W dzień wylotu temperatura wynosiła minus dwanaście stopni, padał śnieg z deszczem i bardzo silnie wiało. Lecieliśmy z Modlina, więc do samolotu na nogach i dodatkowa kontrola dokumentów w drzwiach. Stałem na schodach i starałem się tak owinąć głowę kapturem, żeby ten marznący deszcz nie leciał mi w twarz. Cała podróż trwała półtorej godziny i jak tylko koła dotknęły pasa wewnątrz rozległy się oklaski. Owinąłem się dokładnie szalikiem, czapkę z daszkiem zamieniłem na polarową uszatkę i sprawdziłem czy dokładnie zapiąłem wszystkie guziki w kurtce. Kiedy stanąłem w drzwiach od samolotu przekląłem wszystkich, którzy straszyli mnie warunkami atmosferycznymi w Norwegii.

            Gdyby poustawiać tam trochę więcej lamp lotnisko mogłoby służyć za plan filmowy komedii romantycznej. Temperatura dwa stopnie na minusie, zero wiatru a z nieba leciały grube, ciężkie płatki śniegu spadając powoli i leniwie. Tak zaczął się mój zachwyt nad tym miejscem.

            Później było już tylko lepiej. Samochód czekał na nas przed samym wejściem i pędząc przez szare, betonowe tunele ruszyliśmy do miasta. Wjazd do Oslo wygląda podobnie jak we Frankfurcie. Tam w ogóle jest bardzo niemiecko. Ścisłe centrum to kilkanaście wieżowców bijących światłem widocznym już z daleka a dookoła kamienice trzy, cztero piętrowe poprzetykane gdzieniegdzie jakimś bardzo nowoczesnym budynkiem. Trochę nawet parysko.

            Pierwsze zdziwienie po wejściu do domu było takie, że wszyscy nas widzą. W mieszkaniach apartamentowca stojącego vis a vis były ogromne okna niczym nieprzesłonione. W większości na parapetach stały lampy oświetlające bardzo minimalistycznie urządzone wnętrza z mnóstwem książek. Przed budynkami pomimo zimowej aury pełno zaparkowanych rowerów. W każdym bloku palarnia na końcu korytarza. W naszym służył za nią duży taras, na którym przy okazji palenia fajki poznawałem nowych ludzi. Pierwszy był czarny Jezus z Kuby syn dentysty, później młody norweg a na koniec grupa nastolatek wychodzących z imprezy w sąsiednim budynku. Ja towarzyski jestem.

            Szpara nie ma problemów z tworzeniem ambrozji nawet na wyjazdach, więc czarowała w cudzej kuchni dokładnie tak jak u siebie podtykając mi tylko, co chwilę rzeczy z lodówki i przyprawy, żebym sfotografował. Pan domu był coraz bardziej zachwycony naszą wizytą. Wciągał specjały Szpary tak jakby nigdy w życiu miał już nie jeść i pilnował czy wszyscy mamy pełne kieliszki. Oslo oślem, ale to jest w końcu spotkanie rodaków z kraju gdzie tradycja jest silnie wpisana w krajobraz. W odróżnieniu od cyganki nakupowaliśmy wódy po odprawie.

            Łóżka też tam mają niestandardowe, albo tylko w tym mieszkaniu takie było, bo u nas najszersze mają dwa metry. Możliwe jest też, że było dwumetrowe tylko ja się tam zachowywałem jak odurzony, bo zachwycało mnie dosłownie wszystko. Obudziłem się rano i kiedy otworzyłem jedno oko zobaczyłem rozmarzoną Szparę wpatrzoną w padający za wielkim oknem śnieg.

- Lalka, idź po wodę.
- Gdzie?
- Do Żabki.
- Jesteśmy w Norwegii.
- Nie ma Żabek?
- Nie. Fiordki są.

            Nikt z nas nigdzie nie musiał chodzić, ponieważ gospodarz słysząc, że już wstaliśmy zaopatrzył nas we wszelkie napoje zimne i gorące zanim jeszcze wyszliśmy z łóżka. Mogliśmy, więc napawać się tym błogostanem nadal.

- Pięknie tu jest, co?
- Bardzo.
- Mógłbyś tu mieszkać?
- Tak.
- Pewnie już o tym myślałeś?
- Nawet mi się śniło.
- Dawaj.
- No, że poznałem kogoś i wychowywaliśmy dziecko w normalnym kraju.
- Ty nie donosisz ciąży, jesteś za nerwowy.
- Nie psuj mi zabawy.
- Ale zapowiadam ci, że jak przyjadę a ty będziesz cały taki norweski w skórze jeża i powiesz: jestem Bjork, to natychmiast wracasz do kraju.

            Po śniadaniu ruszyliśmy zobaczyć miasto. Jak zobaczyłem ceny w sklepach to zakupy ograniczyłem do magnesu na lodówkę. Goszczący nas Irek opowiadał o historii kraju, tradycjach, rodzinie królewskiej i pokazywał najciekawsze miejsca. Jednak okazało się, że nawet w tak odległym miejscu ściągam świrów. W metrze dosiadła się do mnie narkomanka i zaczepiała mnie mówiąc mi coś do ucha po norwesku. Ja się boje narkomanów i nie czułem się komfortowo. Nie chcąc wdać się w konwersacje, choćby z tego prostego powodu, że nie rozumiałem ani słowa udawałem głuchego. Szpara siedząca naprzeciwko gorąco mnie do tego zachęcała.

- Nie bądź bucem, porozmawiaj z panią.

            Kiedy kobieta wreszcie wysiadła wróciły mi kolory na twarz.

- Ale miałem pietra.
- Dlaczego?
- Bo mi od dziecka matka wmawiała, że narkoman może mnie ukłuć strzykawką i będę chory.
- Ona chciała tylko z tobą pogadać.
- Nie mam pojęcia, co do mnie mówiła.
- Ja tam połowę rozumiem.

            Jak na życzenie w wagonie rozległ się komunikat brzmiący jak język niemiecki z gulgotaniem indyka.

- To, jaka teraz będzie stacja?
- Wawrzyszew.

            Uparłem się, żeby zobaczyć także to miejsce gdzie trzy lata temu był zamach. Nikt tam oczywiście nie pali zniczy, nie ma nawet żadnej tablicy. Ludzie starają się żyć dalej nie utrudniając sobie egzystencji wspominaniem traumatycznych wydarzeń. Irek nadal wszystko objaśniał.

- Tu stał samochód, w tym budynku wyleciały szyby.
- Wiesz, że on część materiałów podobno zakupił w Polsce?
- Wiem, mocznik.

            Zamarłem i sięgnąłem do kieszeni kurtki. Na małej tubce, jaką miałem ze sobą jak wół widniał napis: Specjalistyczny krem – maska do rąk z mocznikiem i gliceryną. Teraz już wiem, dlaczego macają mnie z taką starannością na wszystkich lotniskach.

            Odwiedziliśmy jeszcze znajomych Szpary z podstawówki mieszkających na tamtejszym Ursynowie. Dotychczas sceptycznie podchodziła do moich zachwytów nad tym krajem aż wróciła z łazienki.

- Satynowa lilia otulona księżycową nocą.
- Upiłaś się?
- Nie, zapach do kibla się tak nazywa.
- Mówiłem ci, że tu jest ekstra.

            Wróciliśmy do domu. Wysiadając z autobusu byłem już nakręcony na całego. Śnieg, który leży zgarnięty na poboczu jest czysty a nie ufajdany od piachu jak u nas. Chodniki też nie straszą zaciekami od soli, bo tam sypie się takie czarne kuleczki jak kozie bobki i też nikt się nie ślizga.

            Kolejna kolacja. Tym razem zapiekanka z ziemniaków, wieprzowiny i miliona warzyw i ziół. Do tego sałatka grecka, do której pan domu zasugerował dołożenie tuńczyka. Spotkało się to z sykiem ze strony kucharki, ale się zgodziła i bardzo ciekawie to smakowało.

            Dzięki łączeniu przez Skype mieliśmy okazję poznać wybrankę serca pana domu, która przebywała w tym czasie w Kijowie i była prosto po powrocie z Majdanu. Mieliśmy Fakty w Internecie, tyle że przekazywane przez urodziwą blond Ukrainkę.

            Kolejnego dnia w drodze na lotnisko rozmyślałem o tym, dlaczego u nas to wszystko się nie udaje? Tutaj każdy ma cztery reklamówki pod zlewem i segreguje śmieci, bo innych nie odbierają, co zresztą okazuje się bardzo łatwe. W Warszawie jest już chyba czwarty przetarg na wywóz odpadów i ciągle większość ludzi wszystko wpycha w jeden worek. Dzieci w szkole uczy się praktycznych rzeczy, choćby jak oddzielić odpadki surowcowe od papieru i plastiku a nie na katechezie jak umyć się octem po stosunku. Zarabia się godziwie, firmę zakłada w trzy minuty siedząc z komputerem na kanapie we własnym domu. Zresztą mnóstwo rzeczy załatwia się przez internet . Ludzie też jacyś ładniejsi chodzą po ulicach.

            Zachwyt mój troszkę się zmniejszył jak kazano mi zdjąć buty na lotnisku i po raz kolejny sprawdzali mi skarpety. Szpara i Emil przeszli normalnie. Nie rozgryzę tego nigdy. Według mnie to Szpara bardziej wygląda na przemytniczkę a zawsze swobodnie przechodzi przez wszelkie kontrole. Mi nawet w Anglii takimi wilgotnymi patyczkami jak do uszu sprawdzają czy nie mam w portfelu śladów narkotyków albo środków wybuchowych. Otóż nie mam.

            Z zakupów na lotnisku też nic nie było, bo musiałbym po powrocie jeść tylko marchew. Zakupiłem jednak hot doga, wodę i najdroższego w swoim życiu batonika. Suma, jaką zapłaciłem za te trzy rzeczy wystarczyłaby na niezły obiad w Warszawie. Szpara kupiła jakieś małe dziwne solone cukierki w cenie kilku polskich bombonierek, bo chciała zjeść coś tutejszego. Po pierwszym miała odruch wymiotny, Emil swojego wypluł natychmiast. Ja ze skąpstwa chciałem je zjeść, ale dałem radę tylko jednego i wyrzuciłem cała paczkę do kosza. Aż tak chytry nie jestem na forsę, żeby jeść galaretowate kosteczki soli, które nie chcą odkleić się od zębów.

- To żeś kupiła cukierki.
- Nie denerwuj mnie.
- Trochę te ceny mnie tu przerażają. Z zakupów szybko bym się tu wyleczył.
- Jakbym do ciebie przyleciała i kazałbyś mi iść do sklepu po produkty na obiad to z biletami lotniczymi taniej byłoby śmignąć po nie do warszawy.

            W samolocie moja ekipa chciała spać, więc usiałem za nimi. Dosiadł się do mnie chłopak, który chwile pogadał o pogodzie i obaj zajęliśmy się lekturą książek. Zdążyłem przelecieć trzydzieści stron i zaczęliśmy schodzić do lądowania.

            Chciałem bardzo, żeby ten stan zachwytu nad miejscem, jakie miałem okazję podziwiać przez weekend potrwało jeszcze trochę, więc dostałem naszym krajem w pysk ze zdwojona siłą
.
            Pierwszy raz leciałem Ryanair, więc zaskoczył mnie dźwięk ryczący z głośników po lądowaniu. Szpara śmiała się już przy oklaskach. Ja byłem zdziwiony.

- Co to za ryk?
- Taki sygnał tu jest po lądowaniu.
- Na serce można zejść.
- Lecisz za trzy dychy, nie narzekaj.
- Nie narzekam, tylko nie wiem, co to oznacza.
- Zaraz przyjdzie ta baba, co sprzedaje koce i patelnie.

            Poczekaliśmy aż ci, którym najbardziej się spieszy skończą tratować się w drzwiach i schodziłem po schodach za panem mniej więcej w moim wieku. Kiedy zszedł już na płytę lotniska rozpiął spodnie i wysikał się na śnieg. Nie rozumiem. Dwie minuty temu był w samolocie a za dwie będzie w terminalu gdzie są łazienki.

            Kolejne zderzenie z krajem już po przejściu przez bramki. Podszedł do nas dziwnie rozglądający się koleś.

- Transport potrzebny?
- Dziękujemy, mamy samochód na parkingu.
- Ja mam taki bilet, że jak mnie państwo wezmą ze sobą to przejedziecie przez bramkę za połowę ceny.
- Zapłacimy całość, dziękujemy.

            Na parkingu staraliśmy się sobie przypomnieć, jaki kształt ma samochód Emila, bo nie chcieliśmy odkopywać cudzego. Widać mocno w weekend padało. Podjechaliśmy jeszcze do supermarketu, bo przed wyjazdem opróżniliśmy swoje lodówki. Kiedy zobaczyłem, że w koszu ze świeżo upieczonymi bułkami młody chłopak grzebie gołą ręką macając, która będzie dla niego najlepsza, odechciało mi się pieczywa. Rozumiem jeszcze starsze osoby, bo kiedyś tego nie było, ale czy młodzi ludzie nie widzą rękawiczek wiszących z boku? Miałem straszną ochotę go opieprzyć, ale stał z dwoma kolegami a ta takie atrakcje po powrocie nie miałem już siły. Nabyłem wino i parówki.

            Wczoraj z polecenia mamy pojechałem do Ikea. Ucieszyłem się, że znowu skandynawsko się poczuje. Miałem kupić lampę, na którą w tym kraju mnie stać. Do śniadania napoje serwowane są za darmo, więc ludzie tam wariują. Kobieta przede mną wcisnęła guzik z kawą, która natychmiast zaczęła lecieć. Postanowiła dopełnić ją mlekiem. Mleko nie leci natychmiast, jak kawa, ale słychać jak jest spieniane. Babsko wciskało guzik raz za razem a ekspres wyświetlał ile porcji mleka jeszcze wyda. Kiedy już jej się przelewało z kubka zwyczajnie odsunęła go od nalewaka i lecące mleko upierdoliło cały ekspres. Przy kolejnej zrobiła to samo. Siedziałem i liczyłem. Wypiła siedem kaw. Mam nadzieje, że jak nie dostała palpitacji od kofeiny to przynajmniej postrała się po tym mleku.


            W Ośle nie do pomyślenia.

wtorek, 21 stycznia 2014

MOJA KOLEJ

            Nie znoszę Polskich Kolei Państwowych. Niejednokrotnie opisywałem Wam jak ich niedorzeczne przepisy i nawyki utrudniają ludziom podróżowanie. Wszędzie gdzie tylko mogę zastępuje transport kolejowy innym. Niestety na trasie Warszawa – Kalisz nie mam żadnej alternatywy, chyba, że zdecydowałbym się pojechać rowerem.

            Najczęściej tę trasę pokonuję trzy razy w ciągu roku i dostarcza mi to tyle atrakcji, że na całe dwanaście miesięcy mam dość. Ostatnio jednak w rodzinnych okolicach coraz więcej się dzieje i zmuszony jestem pojawiać się w domu częściej.

            W ostatni weekend podróżowałem koleją na uroczystość mojej siostrzenicy, która to postanowiła zostać pełnoletnia. Instruowany przez mamę, która pociągiem jechała dzień wcześniej przygotowywałem się do podróży.

- Synek, ciepło się ubierz.
- Przecież to nie furmanka, tylko pociąg.
- Od Szczecina do Kalisza jechałam w kurtce i czapce.
- Zgłosiłaś to konduktorowi?
- Uciekł nam.
- To mam sweter włożyć?
- Zawsze możesz go zdjąć.

            Pomyślałem, że ma rację, ubieranie się na cebulę w trasę jest bardzo rozsądne, zawsze można z czegoś zrezygnować. Jednak w dniu wyjazdu trochę za dobrze mi się spało i jak się zerwałem to ubierałem się w biegu. Buty wiązałem już w taksówce, ale na pociąg zdążyłem. Kiedy wszedłem do przedziału okazało się, że w odróżnieniu do składu, jakim jechała Zdzisława w moim panuje upał tropikalny, a tym wichajstrem od ustawiania temperatury można kręcić naokoło. Zgodnie z radami mamy, ubrany byłem w najgrubszy wełniany sweter, jeansy o splocie nitki jak dla polarników a pod spodem koszulkę z plamą na przedzie, której nie wyrzucam tylko, dlatego, że jest miękka, ciepła i noszę ją zawsze pod swetrami. Do domu dojechałem mokry jak kura.

            Ja nie mam oczekiwań nierealnych. Wiem, że Orient Expressem czy innym Teżewe się tu nie przejadę, ale są tak proste usprawnienia taboru, które nawet u nas można by wprowadzić. Ktoś już na szczęście wpadł na pomysł miejscówek, więc nie biegamy po pociągu szukając kawałka fotela. Jednak pozostało jeszcze sporo do zrobienia.

            Dlaczego na całym świecie tak buduje się perony, że jak pociąg się zatrzyma podłoga w wagonie jest równa z peronem?. U naszych zachodnich sąsiadów jest nawet tak fajnie, że jak już się pociąg zatrzyma to od drzwi otwiera się mała klapka i można spokojnie wjechać wózkiem czy choćby z walizką na kółkach. U nas nawet na tych najnowszych stacjach trzeba starszych ludzi podsadzać do wejścia, samemu zresztą też nieźle trzeba się nagimnastykować z walizką.

            Jak już jestem przy omawianiu taboru i zachodnich sąsiadach to przypomniała mi się jeszcze historia mówiąca o kulturze tamtejszych podróżników.

            Jechałem pociągiem z Fuldy do Frankfurtu. Wnętrze pociągu czyste i ciche. Pasażerowie podobni do naszych, kilka osób z książką, biegające dzieci i kibice. Grupa wyrostków w identycznych, bordowych koszulkach z browarami w ręce, śpiewa rymowane niemieckie piosenki. Znudzeni własnym towarzystwem zaczynają poznawać pasażerów. Małżeństwo z dzieckiem przebija z nimi piątki, inni tylko się uśmiechają. Dochodzą do naszego stolika (w tym składzie jeden spory stolik, mieszczący spokojnie cztery laptopy przypadał na cztery fotele), przy którym siedzę ja, Krystian a naprzeciwko nas czarny chłopak w bluzie z kapturem, także pochłonięty lekturą. Najpierw zapytali nas czy jedziemy na mecz?, Kiedy dowiedzieli się, że nie przenieśli pytanie na chłopaka naprzeciwko. Słysząc z jego ust odpowiedź twierdzącą wybuchli gromkimi okrzykami padając sobie w ramiona. Chłopak przed nami jednak znacznie powściągliwiej niż bordowa ekipa.

- No co ty, nie cieszysz się?, będziemy razem kibicować. – Podgrzewali atmosferę.
- Bardzo się cieszę, tylko ja będę siedział z drugiej strony.

            Powiedział chłopak i rozchylił poły bluzy, pod którą miał koszulkę piłkarską a jakże, tyle że zieloną. Kyrie elejson, samobójca. Cały wagon bordowych podpitych piwem a on sam zielony i jeszcze dodatkowo czarny, zabiją go. Krystian siedział spokojny a ja schowałem twarz w książkę. Zbliżył się do niego jeden z bordowych wyciągnął rękę i zamarłem, bo nie wiedziałem, co mu zrobią skoro okna się nie otwierają. Przyłożył mu te rękę do klatki piersiowej, uszczypnął między sutkami i powiedział coś po niemiecku, co z melodii wypowiedzi brzmiało jak słowa mojej matki, hamujące moje ekshibicjonistyczne zapędy (w dzieciństwie) na plaży: „Kuba siosiorek musi być schowany w gatkach”. Dalej pili razem.

            Wracając do zmian koniecznych na kolei. Ubikacje. Czy ktoś, zupełnie nawet sprawny jest w stanie załatwić się w pędzącym pociągu, jednocześnie nie obszywając sobie butów? Dodatkowo zawartość tego kibelka wywalana jest na tory, dlatego jak ktoś nie może wytrzymać na postoju to odjeżdżający z dworca pociąg pozostawia klocka między peronami.

            Do tego dochodzą „międzynarodowe” kasy biletowe, w których nie mówi się w żadnym języku. Ceny biletów porównywalne z lotniczymi i czas podróży dwukrotnie dłuższy niż trzydzieści lat temu.

            Przed chwilą w radio pani wicepremier pocieszyła pasażerów, że koszty za bilety na pociągi opóźnione będą zwracane w 100% a nie jak mówi regulamin PKP w 50%. Faktyczne pocieszenie. Wczorajszy pociąg Katowice – Szczecin jechał grubo ponad dobę, więc ta stówka będzie ogromną rekompensatą dla pasażerów. Jeszcze lepiej mieli pasażerowie poniedziałkowego składu na trasie Warszawa – Kraków. W zimnym pociągu nie było nawet prądu i wysadzono ludzi na polu, po ciemku z walizkami w środku trasy. Najlepsze, że dla kontrastu z wypowiedzią pani wicepremier łączono się z tymi pasażerami stojącymi na zimnie.

            I przy takiej hucpie karmi się nas jeszcze informacjami o zakupie i testowaniu Pendolino. To tak jakby Dziewczynce z zapałkami ktoś nagle dał miotacz ognia. Niby mogłaby się ogrzać, ale bez odpowiedniego przeszkolenia niechybnie się spali.

            Akcje zgapione od zachodnich przewoźników też u nas mają się nijak. Po co rozkładać po pociągu książki skoro ci, którzy chcieliby je czytać nie zdążą, bo ci, którzy nie czytają zdążą je ukraść. Lepiej byłoby poprosić Białego Jelenia albo Rexone o sponsorowanie upominków dla pasażerów w postaci mini mydełka i dezodorantu (najlepiej tego 72h, dla harcerzy). Dodatkowo pozbyć się tego dziada „piwo jasne”, który roznosi sikacze generujące zapach jeszcze gorszy od potu.

            Innym tematem są sami pasażerowie, ale o to już PKP nie winię. Mnie trafia się każdy rodzaj. Z tego, czego już musiałem słuchać i oglądać uzbierałaby się cała obsada Fraglesów. Kiedy chce spać zawsze siedzi obok ktoś, kto z saperską precyzją otwiera paczkę chipsów. Starając się najprawdopodobniej być cicho, wychodzi mu zupełnie odwrotnie, choć przykłada się do tego, co najmniej tak jakby rozpakowywał list z wąglikiem. Może być też czytający gazetę, który bardziej się nią wachluje niż kartkuje. Trafił mi się ostatnio facet przewożący skrzynię z gołębiami. Tak mi się wydaje. Dźwięki podobne do tych, jakie wydawał Gizmo w gremlinach. Ze strachu całą drogę nie otworzyłem wody. Dodatkowo oblewanie gorącymi napojami z termosu, psikanie gazowanymi słodkimi z puszek i dzieci.

            W dobie tych wszystkich gejmbojów, tabletów i innego ustrojstwa można chyba dzieciaka czymś zająć? Rodzic zna swoją pociechę i powinien wiedzieć czy wystarczą dziecku kredki i papier czy dodatkowo trzeba jeszcze innych atrakcji. Ja lubię dzieci i rozumiem, że im się nudzi w podróży, ale ja też jadę i staram się jak najmniej utrudniać innym wspólną trasę swoją osobą.

            Moja matka jakoś zawsze wiedziała jak mnie zająć. Zanim jeszcze pociąg ruszył ze stacji siedziałem ze ściereczką na kolanach. W jednej ręce miałem schabowego, w drugiej pomidora. Zdarzają się i takie mamy, które serwują wśród pasażerów gotowane jajka, ale z dwojga złego lepszy smród przez chwilę niż wrzask. Odór nie zawsze budzi. Kiedy kończył mi się pomidor mama wymieniała go na ogórka a schabowego na kurczaka. W przerwach były paluszki, batony i kanapki z kiełbasą. Możecie mówić, że przez to jestem teraz gruby, ale przynajmniej nikt się nigdy nie skarżył, że mu przeszkadzam czytać czy spać. Kosztem mojej sylwetki ktoś podróżował spokojnie. Na koniec pulchne łapy Zdzisława wycierała mi w mokrą chusteczkę wiezioną w jednorazowej reklamówce i wysiadaliśmy po sześciogodzinnej podróży na obiad u babci.

            Kiedyś się z tego śmiałem, ale jak w lipcu całą paczką popłynęliśmy w rejs po Wiśle, to choć trwał tylko kilka godzin każdy przyniósł ze sobą spory koszyk. Arleta usmażyła całe pudło mielonych, Szpara upiekła tarte. Mieliśmy także pomidorki, ciasto, rzodkiewki, kabanosy i napoje wszelkie. Też już się starzejemy, kiedyś wystarczyłaby reklamówka zimnych browarów. Nie tylko nie pijemy już na głodnego, nabraliśmy klasy. Każdy zabrał kubeczki, serwetki i mokre chusteczki, ale trochę inne niż w moim dzieciństwie.

            Do tego wpisu zmusili mnie współpasażerowie, z którymi jechałem na ostatnie urodziny mojej siostry. Nie ostatnie w ogóle tylko ostatnie, jakie miała.

            Dwoje mężczyzn, dwie kobiety, około pięćdziesiątki. Jak ich nazwałem Łowcy Promocji – polska wersja. Nie wiem, czym zajmują się ci ludzie, ale z tego, co zrozumiałem z zasłyszanych rozmów większość życia upływa im na tym, jak wymigać się z płacenia za cokolwiek. Dodatkowo wracali ze spotkania z jakimiś politykami, więc trzeba przyznać, że wiedzę czerpią od najlepszych.

            Panowie stosownie do pory dnia ubrani w brązowe garnitury i pożółkłe koszule, jedno i drugie najprawdopodobniej ze ślubu. Panie, garsonki. Bogato zdobne w kamienie i złocone przeszycia a’la Marywilska. Rozmawiać zaczęli zaraz po tym jak ustalili z konduktorem, jakie zniżki im przysługują.

- Dawaj pigwówkę, bo cie więcej nie zabiorę do sejmu.
- Ja mam tylko ten prezent od Palikota.

            Odkorkowali butelki i zaczęli pić. To, co udało mi się zanotować w telefonie możecie przeczytać poniżej. Trochę się ta rozmowa rwała, ale im więcej pili tym trudniej było coś wyłapać, bo mówili jednocześnie.

- A twój syn się teraz uczy na studia?
- No, kupiliśmy mu mieszkanie ze stoliczkiem i wersalką.

            Międzyczasie jedna z pań podniosła satynową bluzkę i dziabnęła się w brzuch glukometrem, co sprowokowało dyskusje:

- Ty płacisz za to?
- Coś ty, co chwila biorę fakturę na kogoś innego.

            Panowie.

- Cztery stówy daem za garnitur do krześniaka na krzest.
- A ja mam takom robote, że musze wykonać dziesięć połączeń dziennie. Do kogo se chce. Telefon mam za fri. Tego nikt nie pilnuje. Niby ubezpieczenia oferuje, ale to jest chuj. Nie misiu?
- No jasne. – Odpowiedziała oblubienica.

            Kolejny pan zaczął pytać drugiego, ale odpowiedziała mu jego towarzyszka.

- A ty, czym jeździsz do pracy?
- On ma już nawet rowerem zakaz, bo ma kolegium za chlanie.
- Aha, Bogdana złapali na Dombrowskiego, se jechał i tylko lekko się zakołysał.
- Policja to nie ma, co robić, po krajówce nie jechał.
- Czekaj esemesa dostaam: „wyjebałam się, mam lewą stronę mordy poobdzieraną”.
- Mówiłam jej uważaj. Jak się pisze „cukrzyca”?
- Ja se ide zajarać do kibla zanim konduktor przylezie.

            Powiedział jeden z dżentelmenów i pozostawił pochłonięte rozmową same panie.

- No kurzy miód, dentyste se wzieam na mikołajki, dobra jestem co?
- Ale bez dopłaty?
- No pewnie, ósemki se robie bo ona to nawet mojego Konrada wyleczyła, a on ci taki jest, że się boi stomatologa.
- Będziesz miaa na sylwestra zrobione. Drogo płaciaś?
- Pieńdzisiont od członka, dziewińdzisiont od pary.
- Za dentyste?
- Nic, mówiam że darmo.


P.S.

W Warszawskich Tramwajach, skądinąd też na szynach, pomimo końcówki stycznia wyświetla się napis „Zdrowych i wesołych świąt”.

wtorek, 7 stycznia 2014

DIETA, TRENING I SEN


            W utrzymaniu szczupłej sylwetki, bądź jej osiągnięciu najważniejsze są trzy czynniki:

·        Zbilansowana dieta
·        Ruch fizyczny
·        Sen

            Niestety każdy z nich piętrzy przed nami ciągłe problemy. Nie da się po prostu łatwo ustalić menu, później pobiegać a na koniec zasnąć błogim snem na osiem godzin.

DIETA

            Tu problemów jest chyba najwięcej. Trzeba zobaczyć jak na różne produkty reaguje Wasze ciało i co Wam smakuje, bo chcąc trzymać się wiedzy fachowej, można ześwirować. Każdy mówi coś innego. Rozmawiałem z kilkoma trenerami. Jeden poleca jeść kurę z warzywami przez cały dzień, drugi te wszystkie proszki w wielkich słoikach jeszcze inny kazał mi zainstalować aplikacje w telefonie, w którą wpisuje się produkty zjedzone i ona sama liczy zapotrzebowanie na wszystko i kalorie. Ale najlepszy jest taki samozwańczy ekspert, którego widuje we wtorki jak chodzę na inną siłownię. Tak potrafi prowadzić rozmowę, że odpowiada się tylko pojedynczymi wyrazami, jak w wojsku. Ostatnio rozmawiałem z nim o serku wiejskim, do którego tydzień wcześniej polecił mi suszone śliwki, (czego nigdy nie róbcie) zamiast łyżki dżemu.

- I jak, jesz ten serek?
- Tak.
- A to dobrze czy źle?
- Dobrze.
- A jakbym ci powiedział, że śmietana jest zdrowa to byś jadł?
- Nie.
- Serek wiejski to twaróg ze śmietaną.
- Serio?
- Serio, masz jeść rano jajka i produkty pełnoziarniste.
- Dobra.
- A serek będziesz jeszcze jadł?
- Nie.

            Czasami łapie się na tym, że mam ochotę mu odkrzyknąć „ sir no sir!”. Jeszcze mi się nie zdarzyło, ale i tak jak mnie przepytuje to stoję ubrany w krótkie gatki i tenisówki, ale w postawie zasadniczej. Czekam tylko aż powie

- To, kto jest głupi?
- Ja.

            Odpowiem.

            Kolejnym problemem są koleżanki rondlarki. Kiedy uda ci się już wytrzymać cały dzień na zdrowych posiłkach, bez podjadania to one wieczorem zaczynają bombardować pięknymi zdjęciami żywności na facebooku. Najbardziej aktywne są u mnie dwie. Monia i Basia. Jedna potrafi tak udrapować ścierkę pod wielowarstwową kanapką, że człowiek zjadłby wszystko z tego zdjęcia, nawet krzesło. Druga idąc do baru tak fotografuje zupę ogórkową, że chciałoby się polizać monitor. Miałem okazję uczestniczyć w robieniu zdjęcia tortu przez jedną z nich. Ustawianie światła, blendy, zmiany obiektywów… to wszystko trwa strasznie długo, zanim uzyska się taki efekt, jaki osiągają One. Dlatego też zdjęcia z opisami pojawiają się późnym popołudniem, kiedy ja nie powinienem już podjadać. Zastanawiam się czy któraś z nich zjadła kiedykolwiek coś ciepłego?

            Kolejne dwie osoby, które niweczą moje starania w uzyskaniu sportowej sylwetki to Zdzisława i Szpara.

            Dwa miesiące przed świętami ćwiczyłem sześć razy w tygodniu. Pilnowałem jedzenia, chodziłem wcześniej spać. Wierzcie czy nie u matki nadrobiłem to w tydzień. Wydawałoby się, że sam powinienem się kontrolować, bo moglibyście powiedzieć: „matka do gęby ci nie wpycha”. Otóż owszem. Wpycha. Tam ciągle stoi jedzenie, u mnie w domu gotuje się naprawdę bardzo dobrze a ja nie jestem z żelaza. To pachnie. Nie stać mnie na to, żeby sprawić przykrość starszej matce, która napracowała się przy przygotowaniu tak smacznych posiłków. Więc ja zjadam a ona się cieszy. U moich rodziców nie jest tak z okazji świąt, tylko przez okrągły rok.

- Mamo, czy wy tak ciągle musicie jeść?
- Coś ty, ja to czasami zapominam żeby w ogóle coś zjeść.
- Kiedy ostatnio zapomniałaś?
- Nie pamiętam.

            O ile z matką mam kontakt kilka razy w roku i mógłbym to nadrobić, to na miejscu jest jeszcze Szpara. Cierpiąca na wieczny niedosyt gości w domu i permanentnie urządzająca imprezy. Okazje wymyśla najróżniejsze. Gdyby wszyscy mieli czas robiłaby te kolacje co tydzień. Są imprezy z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, Barbórki czy dnia Wszystkich Świętych. Tradycyjnie nie pomija takich świąt jak Wigilia, Śledzik, Matki Boskiej Zielnej i Dnia Wojska Polskiego…

            Każdy dzień w jej domu jest dobry na party. Najlepsze jest to, że ona tę kolacje potrafi zrobić w godzinę, nawet zaskoczona i to genialnie. Wystarczy, że zejdzie do Biedronki pod swoim blokiem i zajrzy pod pobliską Halę Mirowską. Zupy całego świata, pachnące trawą cytrynową, imbirem, mlekiem kokosowym…, czy inne kulebiaki, sushi, galarety, ciasta… Mam wujka, który pływał statkiem po całym świecie przygotowując jedzenie dla wielkiej załogi. Dopóki nie poznałem Szpary myślałem, że to on rusza się w kuchni najszybciej na świecie. Ona jedną ręka sieka zioła, drugą miesza w garnku, trzecią szuka przypraw w przepastnej szafce, którą za chwile zamyka nogą. W tym samym czasie instruuje mnie jak poustawiać na stole kieliszki, popija drinka i jeszcze kogoś obgadamy.

            Kiedy z okazji sylwestra ogłosiła, że mamy do wyboru imprezę w stylu PRL albo Orient Express byliśmy rozdarci przez tydzień. Stanęło na PRLu. Zdzisława podarowała Szparze obrus sprzed dwudziestu lat a ta przygotowała stół jak z Pewexu. Jajka, kawior, małe grzybki – bardziej Bristol niż Kameralna.

            Ostatnio jechałem z nią samochodem, planowała (jak co dzień) kolejną imprezę. Jechaliśmy do Makro i Tesco, gdzie zachowuje się jak w wesołym miasteczku. Wymyśliliśmy, że na te omawianą uroczystość najzabawniejszy byłby tort o bardzo trudnym kształcie. Nie mogę napisać, jakim, bo ta, dla której będzie robiony czasami czyta, co ja piszę i po kształcie wiedziałaby, że to dla niej. Ale wyobraźcie sobie, że gadamy o takich tortach jak robi się dla dzieci. Wozy strażackie, pieski… dla mnie logiczne jest, że taki tort należy zamówić. Szpara, kiedy usłyszała o kupnym zacisnęła tylko ręce na kierownicy, na szczęście staliśmy na czerwonym. Odblokowało ją kilka skrzyżowań dalej.

- Co to za filozofia zrobić tort?
- Ja wiem, że nie. Nasączyć biszkopt, zrobić krem. Do tego owoce…
- To, po co zamawiać?
- A jak zrobisz taki kształt i jednolitą, kolorową powłokę?
- Z masy marcepanowej. Co twoja matka musiała dać, że ty masz wykształcenie gastronomiczne zawsze będzie dla mnie zagadką?
- Nic nie dała. Nie jestem taki dobry jak ty, ale gulasz umiem zrobić. Torty robiłem mrożone, miałem minutę na dekoracje, bo to się topi, nie ma czasu na puzzle z jagódek.
- Ja z mazurków miałam tylko piątkę, coś mi nie szły.
- No widzisz.

            Nie tylko jedzenie na jej imprezach jest odpowiednie do okazji. Do ostatniej tajskiej mieliśmy specjalny obrus i świece. Przy innej do sushi były pałeczki w pokrowcach jak mini kimono a imbir podany był w muszlach. Najbardziej jednak, co roku czeka na wigilię, ponieważ uwielbia choinkę. I w tym roku nie było wyjątku. Choinkę kupiła sama i nikt jej nie widział, ale po stojak pojechała ze mną. Nabyła taki jak stoi w kościele. Wielki kuty ze stali.

- Słuchaj, możesz do mnie przyjechać?
- Choinki nie możesz ustawić?
- Sąsiad mi pomógł, ale jak jej się rozłożyły gałęzie to się jej boje.
- Taka wielka?
- Chyba w tym roku przesadziłam.

            Po wejściu do domu zastałem ją na kanapie. Na twarzy mieszanina euforii i przerażenia. Choinka zajmowała jedna trzecią sporego salonu. Kazała mi wejść na bar w kuchni i trzymać choinkę prosto.

- Trzymaj a ja ją umocuję.
- Jakbyś z lasu krzyczała.
- Ty się nie zdziw jak jakaś wiewiórka do góry poleci.

            Jak już stanęła równo włączyliśmy dla klimatu kolędy i zaczęliśmy ją ubierać. Szpara zadzwoniła jeszcze do matki i zapytała jej czy nie zechciałaby przyjechać do Warszawy na grzyby? Do dekoracji posłużyły bombki, wyszukiwane na Allegro przez ostatni miesiąc. Wszystkie w klimacie naszego dzieciństwa. Do tego lampki na klamerkach, włos anielski i sztuczny śnieg. Faktycznie trochę jest duża, ale każdy po wejściu biegał wkoło niej i pokazywał, które bombki były u niego w domu.

            Są i takie osoby, które mnie motywują. Konrad jest w szpitalu, bo czymś zatruł się w sylwestra (nie u Szpary). Nie zazdroszczę mu tego pobytu, sylwetki już owszem. Nie wiedzą, co mu zaszkodziło a że od nowego roku są same dni wolne to zamiast go leczyć dają mu tylko ciepły glut w misce. On już tam idąc był chudy, więc teraz wygląda jak laski z Victoria Secret. Przemyciłem mu już owoce i soki, ale nie wiem czy mu nie zaszkodzę skoro ciągle z przydziału ma tylko ten klej? Siedział ze mną na korytarzu w Trzech Króli.

- Głodny jesteś?
- Jak jeszcze nigdy w życiu.
- Ja bym przyniósł, ale jak ci zaszkodzi?
- Pomidorową bym zjadł i chleb ze smalcem i kiszonym ogórkiem…
- Bo cie na położniczy przeniosą.
- Ja jeszcze nic w tym roku nie jadłem.

            Powiedział na tyle głośno, że przejeżdżająca obok kobieta z wózkiem od szpitalnego cateringu się zlitowała.

- A chce pan zupy?
- Oczywiście.

            Ucieszył się jak skazaniec ułaskawiony pod celą śmierci. Kiedy skończył jeść mówił, że ta zupa smakuje tak samo jak ten klej tylko pływa w tym marchewka, ale wróciły mu kolory. Ja na jego miejscu po sześciu dniach zjadłbym prześcieradło.

            Tego samego dnia po treningu szukałem otwartej knajpy. Jedyną, jaka była pewna to bar Wietnamski na Zbawiciela. Wparowałem tam w spodniach od dresu i z torbą na ramieniu prosto na wesele. Uśmiechnięci Wietnamczycy zachęcali mnie, żebym do nich dołączył, ale nie dość, że strój nieodpowiedni to jeszcze trafie na jakieś ich oczepiny i nie będę wiedział jak mam się zachować. Na zewnątrz na marszałkowskiej pusto. W moim kierunku szedł tylko młody koleś z pudełkiem Telepizzy, na która nie miałem ochoty i Hubert Urbański z normalnym styropianowym opakowaniem.

- Przepraszam jest coś otwarte jak pójdę w tamtą stronę?
- Prasowy, ale kolejka jak za komuny.
- Dam radę.
- Smacznego.

            Trochę był zaskoczony tym pytaniem od publiczności, ale dzięki odpowiedzi zamiast kaczki zajadałem tego dnia rumsztyk i marchewkę z groszkiem.

TRENINGI

            Kolejna rzeczą, o której należy pamiętać jest ruch fizyczny. Trzeba być konsekwentnym, bo tu utrudnień czyha jeszcze więcej niż w diecie. Największym jest rutyna. Mam ten komfort, że mój karnet upoważnia mnie do korzystania z kilku klubów w Warszawie. W dni wolne od pracy jeżdżę do takiego na Mokotowie. Tam mam basen, fachowych trenerów, którzy już mówią do mnie po imieniu i zaczęli się witać nie podając ręki, tylko przybijając piątkę, tak że musi klasnąć. To najwyższy stopień wtajemniczenia. Tam robie inny zestaw ćwiczeń niż w dni robocze, kiedy korzystam z klubu na Pradze. Tu robie ćwiczenia nieco nudniejsze i znalazłem sobie atrakcje, które każdego dnia wyglądają podobnie i są dla mnie taką checklistą do odhaczania.

            Zaraz po szóstej rano w mieszkaniu, bloku naprzeciwko zapala się światło. Na sali w klubie miłośnicy kultury fizycznej, ci, którzy cierpią na bezsenność i ja. W mieszkaniu za oknem koleś, który wygląda lepiej niż my wszyscy razem wzięci a dzień zaczyna od papierosa na balkonie. Widocznie pracuje fizycznie. Za nim wielki obraz Jezu Ufam Tobie, wałek na ścianie i wersalka pokryta futrzaną narzutą.

            Później przenoszę się na bieżnię. Przez pierwsze dwa tygodnie myślałem, że mam farta, bo zawsze w tym samym momencie z pobliskiej remizy wyjeżdżały na sygnale wozy strażackie. Po pewnym czasie wpadłem na to, że oni mają codziennie ćwiczenia.

            Żeby nie było monotonnie zacząłem także czytać siłowniowe periodyki. Dowiaduje się bardzo ważnych rzeczy czytając artykuły o tytułach „Nowe spojrzenie na cardio”. Czyli coś w stylu jak biegać w styczniu? Obserwuje ludzi od postanowień noworocznych, bo od nich jestem już lepszy i nawet udzielam informacji, np. jak uruchomić bieżnię?

            Oglądam także fitness TV, gdzie tematy rzadko się zmieniają, ale ćwiczę szybkie czytanie i odmianę przez przypadki. Kilka razy wciągu mojego biegu pokazuje się numer konta gdzie zbierana jest kasa dla Beaty Jałochy. To ta dziewczyna, która idąc do pacjenta została zaskoczona przez nieuważnego samobójcę, któremu przez skokiem nie chciało się rozejrzeć. Komu, czemu idiota zleciał na głowę? Beacie Jałosze. Tak sobie ćwiczę i ciało i umysł.

SEN

            Odkąd mam nowe okna nie mam problemów z lekkim snem, teraz zostało tylko to, co wyświetla mi się na powiekach. A tego rozgryźć nie mogę. Np. wczoraj:

            W Białym Domu przed mundurowymi ważniakami z NASA stoi Kaśka, moja lubelska koleżanka. Dostaje od nich zadanie, że musi polecieć w kosmos szukać śladów Violetty Villas, na zewnątrz na trawniku trwa zjazd robotników kanadyjskich, którzy debatują, bo skradziono im osiem kajaków.

            Dziś od rana starałem się zgłębić te obrazy.

            Biały Dom, pewnie dlatego, że przed snem oglądałem dokument Kolendy Zalewskiej o Prof. Brzezińskim. Czyli spoko.

            Kaśka, też jasne, bo wieczorem napisał do mnie na facebooku jej chłopak, więc o niej także pomyślałem.

            Kosmos pojęcia nie mam skąd, ale za to rozgryzłem Villas. W programach informacyjnych wczorajszego dnia przewijał się biskup Michalik cały w futrze natychmiast kojarzący się z pieśniarką.

            Kajaki pojęcia nie mam.


P.S.
            Jeżeli mojego bloga czyta ktoś z episkopatu, a najlepiej z otoczenia Biskupa Michalika, to mam prośbę. Chciałbym, żeby przekazano, że bardzo mnie cieszy, że w modzie sakralnej coś ruszyło. Ten biskupi róż jest dobry tylko jesienią dla sekretarek, wyłącznie w połączeniu z szarym i na brunetkach. Blondynki jakoś tanio w tym wyglądają.

            Trzeba jednak wiedzieć, że taki total look z futerka nawet jak ten wczorajszy niemalże haute couture wymaga biżuterii. Inaczej wygląda się jak wiewiór. Na początek, choć mała broszka od biedy kolczyki.

            Sama Elsa Schiaparelli byłaby z księdza dumna.
            Skoro bawimy się w to gender to róbmy to poprawnie.