wtorek, 31 grudnia 2013

KAR NAWAŁ


Pochłonęła mnie dziś lektura pisma traktującego o trendach obowiązujących w tegoroczną noc sylwestrową i w nadchodzącym karnawale. Spieszę Wam donieść gdyby ktoś nie wiedział jeszcze, co na siebie włożyć.

Jeżeli chodzi o Panów sytuacja jest dość prosta. Na oficjalne imprezy garnitur, należy tylko pamiętać o zasadzie „no brown after six”. Odpowiednio dobrać buty i skarpetki i już. Jeżeli idziemy na luźniejszą imprezę, na przykład na domówkę wystarczy tylko pamiętać, żeby w skarpetach nie było dziury i do jeansów włożyć czystą koszulę. Pełen luz. Nieco bardziej skomplikowaną sytuację mają Panie.

Mają do wyboru kilka wariantów, co dla jednych będzie katorgą a dla innych wachlarzem możliwości.

1. BIZANCJIUM

Charakteryzuje się przepychem, połyskującymi, metalicznymi tkaninami i mnóstwem biżuterii. Ciężko tu przesadzić, bo im więcej tym lepiej. Zawsze dobrze kierować się przykładem celebryty. W tym przypadku za wzór może służyć posłanka Wróbel. Kiedy w poprzednim tygodniu wymyśliła sobie outfit to przeleciała w nim przez kilka programów w ciągu paru dni, niczego nie zmieniając. Stylizacja składała się z czerwonej bluzki z materiału przypominającego obszycie kołdry w latach osiemdziesiątych. Pamiętacie te poszewki u naszych babć z kopertami, przez które było widać „gołą” kołdrę? Coś podobnego do satyny, tylko grubsze i mniej elastyczne. Bluzka miała golfik w stylu siostry zakonnej upstrzony kamienną broszką zapiętą pod szyją. Za okrycie wierzchnie posłużyła czarna marynarka równie wiekowa, co bluzka. O ile u Moniki Olejnik nie było widać jak ząb czasu ją nadgryzł (marynarkę nie posłankę) o tyle u Tomasza Lisa oświetlono Panią poseł od tyłu pięknie prezentując zmechacone ramiona. Nie wiem ile teraz wynosi dieta poselska, ale wiem, że przyzwoita marynarka w sieciówce kosztuje niecałe dwie stówy. Tego typu look okraszony powinien zostać fryzurą nabłyszczoną jakimś połyskującym glutem.

Inną reprezentantkę tego stylu miałem ostatnio okazję obserwować w restauracji w centrum Warszawy. Kilka stolików ode mnie rozsiadła się korpulentna pani. Futro w kolorze czerni miała przewiązane szeroką czerwoną wstążką. Nogi okrywały rajstopy zrobione z jakiejś grubej nici przypominającej kordonek w kolorze cielistym, motyw roślinny. Całość z daleka prezentuje się na nogach jak imitacja poparzeń drugiego stopnia. Kiedy zrzuciła futro pojawiło się całe bogactwo kolorów, tkanin i dodatków a mnie w uszach zagrała znana melodia.

„We włosach kliwii kwiat, dla ciebie miły,
kolczyków ciepły blask, dla Ciebie miły. 
Pudruję nosek i węgielkiem czernię brwi,
szal cienki jakby z mgły, dla ciebie miły. 
Korali sznurki trzy, dla ciebie miły, 
dobrze, że siostry mi pożyczyły. 
Pierścionek miota skry i jak prawdziwy lśni, 
lusterko powiedz czy nie ładnie mi?”

W pomarańczowym wełnianym swetrze tonęły sznury pereł a skórzana spódnica (czerwona) była tak napięta, że zdawała się niczym nie odstawać od maski pokrywającej silnik fiata 125P., kiedy kończyłem swój posiłek z rąk, palec po palcu zdejmowała rękawiczki z czarnej koronki. Niestety musiałem już wyjść i nie wiem czy ta współczesna Maria Antonina nie miała jeszcze wachlarza. Gdyby ktoś chciał się wzorować, wachlarz jest niezbędny.

2. KLASYKA

Klasykę można interpretować dwojako. Na przykład mała czarna i perły to klasyka, biała koszula z czarnymi spodniami także, ale należy także strój dobrać odpowiednio do okazji, czasami dres będzie klasycznym ubraniem. Jako przykład do tradycyjnej klasyki posłuży mi moja siostrzenica. Która w tym roku wychodzi na swoją pierwszą zabawę sylwestrową, co nie pozwalało się jej skupić przez większą część świąt. Podobnie jak mojej siostrze, tylko emocje targały nimi nieco różne.

Karolina, jako prezent gwiazdkowy zażyczyła sobie pierwszą sylwestrową kreację. Wyższa jest już ode mnie znacząco, nogi ma jak kenijski listonosz, zresztą cała sylwetka jest bez zastrzeżeń. Idąc na zakupy powiedziała mi, że szukamy prostej czarnej sukienki. Nic prostszego. Na kogoś z taką figurą znaleźć czarną sukienkę to tak jak na mnie bandaż. W siódmym sklepie zapał mi opadł. Przymierzała wszystko w kolorze czarnym a nawet kilka razy skusiła się na kolor. Od tiulowych dołów w stylu Majki Jeżowskiej po dopasowane jak skarpeta pokrowce. W każdej wyglądając zjawiskowo. Kiedy byliśmy już w ostatnim sklepie, jaki został w galerii handlowej (serio) i pojawiła się obawa, że trzeba będzie ruszyć dalej zaczęła decydować się już między dwiema. Stawałem na głowie, żeby się zgodziła na którąś z nich i pojawiła się z odsieczą moja siostra. Czekaliśmy na stanowcze stanowisko, które pozwoliłoby zakończyć zakupy.

- Czy ja wiem Karolina, może powinnaś wrócić do tego pierwszego sklepu?

Kiedy najbardziej zainteresowana zniknęła za zasłonką przymierzalni mój wzrok zmroził siostrę, która bezgłośnie starała mi się coś tłumaczyć. Kilka szarpnięć za ramię i decyzja podjęta. Do sukienki została dobrana torebka, ale okazało się, że butów w tej galerii nie ma. Na szczęście pojawiły się w pierwszym sklepie poza nią.

Wybrała szpilki ze sporym obcasem. Chciałem się już nawet poddać, ale było mi jej szkoda jak pomyślałem jak ona w tym wytrzyma nie mówiąc już o tym, że zatańczy chyba tylko jak na sali pojawi się jakiś koszykarz, ewentualnie siatkarz.

- Karolina, weź niższe, nie wytrzymasz całego wieczoru w takich obcasach.
- To się przebiorę w baleriny.
- To wybierz takie buty, żebyś wyglądała elegancko całą noc.
- Te mi wystarczą na początek a później zdejmę.
- To głupie.

- Pan tego nie zrozumie.

Wtrąciła się oparta na łokciach jedna z dwóch ekspedientek wpatrzonych w Karolinę, które kiedy się dowiedziały, że to jej pierwszy sylwester rozmarzyły się jak nastolatki.

- Czego nie rozumiem, że należy włożyć wygodne buty, żeby móc tańczyć do rana i normalnie wrócić do domu a nie drobić jak gejsza albo siedzieć?
- Weź dziecko te wyższe, powiedziała nad moją głową kompletnie mnie ignorując.

Poddałem się.

Przykładem drugim klasycznego ubioru jest Gośka. Moja znajoma, która jak każda elegancka kobieta potrafi odpowiednio dobrać strój do okazji, co czasami bardzo pomaga. Poszliśmy kiedyś na koncert z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego. Ludność cywilna oczekiwała wciśnięta w płot aż skończą świętować oficjele. Wiedzieliśmy, że nie wystarczy dla nas krzeseł jak ten tłum ruszy, więc trzeba było pokombinować. Ja na swój sposób Gośka na swój. Ochroniarz powiedział, że jak powiemy mu, jaki jest wynik odbywającego się właśnie meczu to nas wpuści. Ja załatwiłem wynik a Gośka załatwiła nam alibi. Kiedy nas już przepuszczono i mijaliśmy idących w stronę przeciwną członków rządu z premierem, ludzie zza płotu zaczęli wrzeszczeć. Moja towarzyszka ubrana w rozkloszowaną suknię z motywem kwiatowym na białym tle, coś tak w stylu Senatora Piesiewicza i zakręconych włosach prezentowała się nadzwyczaj odpowiednio. Kiedy ochronę pytano, dlaczego nas wpuszczono podpowiedziała jednemu z nich, że jest wnuczką łączniczki.

- To wnuczka łączniczki!

Odkrzyknął tłumowi rosły pan i tłum zamilkł. Gośka wsparta moim ramieniem mogła przebierać w wyborze miejsca bez ograniczeń. Wyglądała naprawdę jak młoda dama z czasów wojny.

3. MOTYWY ZWIERZĘCE

Tu bardzo łatwo o katastrofę. Cętki lamparcie, zebra czy skóra węża może wyglądać zjawiskowo, ale o jeden pazur za daleko i można wyglądać jak Tygrysica z Magdalenki, albo jedna z Praskich kociczek tramwajowych, wyjątkowo niedobrze. Jeden dodatek zwierzęcy w zupełności wystarczy.

Przykładów bez liku. Od Małgorzaty Potockiej po Dodę.

4. MOHER I PRĄŻKI.

To podobno modne, ale nie polecam. Okazało się ostatnio, że moher pozyskuje się obdzierając żywcem króliki czy coś, więc lepiej nie noście. A w prążkach dobrze wyglądają tylko gangsterzy amerykańscy i raz moja matka, trzydzieści lat temu na imprezie gwiazdkowej w zakładowej stołówce ojca. Spódnice miała taką.

Zagrożenia czają się wszędzie. Na gwiazdkę moja siostra dostała ode mnie sweter będący połączeniem kilku stylów. Trochę taki moherowaty z motywem zwierzęcym w postaci wielkiej sowy z przodu i w stylu Bizancjum, bo sowa wykonana była z kamieni. Największe dwa kamienie tworzyły jej oczy. Moja siostra ma spory biust, więc sowa była lekko zezowata, bo jej się oczy zjeżdżały. Dlatego wszystko wcześniej przymierzajcie. Na tej samej imprezie przymiarkę zrobiła moja matka. W tym roku od wszystkich dostała ubrania. Podniecona prezentami zaczęła je wkładać na siebie przy wigilijnym stole rozbierając się do stanika.

5. OBYWATELKA ŚWIATA

Największy hit tego karnawału. Łączymy ze sobą elementy garderoby przywożone przez nas z podróży. Sukienka z Indii, bransoleta z Egiptu + klapki z Maroka. Tu nic Wam nie wytłumaczę, trzeba się obserwować i znać umiar. Choć im więcej tym lepiej zamiast efektu podróżniczki można uzyskać styl, CO MORZE PRZYNIOSŁO, wyjątkowo kolorowe i niebezpieczne. Jedna apaszka za daleko i wyjdzie Maryla Rodowicz. Przydatna w tym wypadku byłaby znajomość z Martyną Wojciechowską. Ja w tym roku łączę dwa trendy. Otóż do klasycznej elegancji dokładam szalik z Kambodży, prezent przywieziony mi przez Michała.

CZEGO NIE WOLNO?

W artykule zadbano także o to żeby nas poinformować, co jest absolutnie zabronione w tym sezonie.

Zegarki elektroniczne – dostałem na gwiazdkę taki ze wskazówkami, więc nie dam plamy w sylwestra, jednak do pracy noszę elektroniczny, mam do niego sentyment. Na imprezę wykluczone, żeby uniknąć wpadki wyłącznie nawet czasomierze na odtwarzaczach dvd i wszelkim innym sprzęcie.

Cienkie sztywne bransolety – tu raczej nie ma niebezpieczeństwa wpadki, bo rzadko, kto jeździ teraz na odpust do Kazimierza. Chyba, że mam wśród czytelniczek Cyganki, ale u niech z całym strojem nie rażą.

Leginsy noszone jak spodnie – w tym byłoby zdecydowanie za zimno na pokazie fajerwerków, więc obawa, że ktoś się tak ubierze jest znikoma. Choć widziałem nie raz laski nawet bez rajtek z sinymi nogami na plenerowej zimowej imprezie. Ja legginsów nie mam. Mam termo rajtki do biegania, ale na sylwestra w nich nie idę.

P.S.
Wybieram się w tym roku na imprezę, na której cofniemy się w czasie o mniej więcej trzydzieści lat. do kolacji obejrzymy studniówkę Szpary i moją pracę dyplomową przerobione na tę okazję na DVD, ale w jakości VHS. Później do tańca przyśpiewywać będzie nam między innymi Iza Trojanowska.

Pochwalę się Wam menu.

przekąski: tatar, śledź, jajko w majonezie, zimne nóżki, sałatka jarzynowa, wędlina, chrzan, ćwikła

dania gorące: flaki, barszczyk czerwony z bułeczką faszerowaną pieczarkami i żółtym serem, forszmak

dodatkowo : klosz ciasta, oranżada czerwona, biała i żółta, lampka szampana o północy

Wszystko przygotowane przez Szparę, mistrzynię kuchni wszelkich.

BAWCIE SIĘ DZIŚ JAK MACIE OCHOTĘ.
DOBREGO ROKU.

niedziela, 8 grudnia 2013

BUDUJEMY NOWY DOM


Moi rodzice przeprowadzają się wiosną do nowego mieszkania. Po informacji o tym wydarzeniu Zdzisława pierwszy miesiąc nie spała.

            Całość będzie wykończona na tip top o czym informowaliśmy ją wielokrotnie. Praktycznie mogłaby spakować stare mieszkanie, przewieść rzeczy i cieszyć się nowym miejscem, ale tak nie jest. Przez pierwsze dwa tygodnie nocami dręczyły ją najróżniejsze pytania a że z odpowiedzią nie mogła czekać do rana, budziła ojca.

- Waldek, a kontakty też tam będą?

            Ojciec jest cierpliwy i spokojny, więc odpowiada na najróżniejsze pytania o jeszcze dziwniejszych porach. W końcu postanowiliśmy pojechać na miejsce stawianego domu i pozwolić jej zaspokoić ciekawość. Biegaliśmy wkoło bloku pokazując sobie okna i pokoje. Matka oczywiście była tam wcześniej i dopytywała ludzi w okolicznych budynkach jak wygląda to w środku? Została zaproszona nawet do jednego z nich, ale się nie odważyła.

            Kiedy pojechaliśmy tam wszyscy rozważała nawet sforsowanie ogrodzenia celem wsadzenia głowy do środka, ale została powstrzymana. Zastanawiała się także nad zamianą na pokoje z ojcem, bo z obserwacji wynikało, że u niego będzie więcej słońca, choć nie ma balkonu. Stanęło jednak na poprzednich ustaleniach, bo byliśmy tam popołudniu i chyba jednak z jej strony będzie jaśniej. Pewnie już to sprawdziła.   

            Przed samym blokiem jest ogromna Biedronka a kawałek dalej Lidl więc jest spokojna, bo centra rozrywki będzie miała w zasięgu ręki.

            W domu na wierzchu leży plan architektoniczny tego nowego miejsca. Na początku nie mogła specjalnie odnaleźć się w tych kreskach i liczbach, ale z pomocą ruszył zięć. Obrysowano kontur pomieszczeń zielonym pisakiem i pokazano zainteresowanej.

- Przemek a to zielone dookoła domu to co?
- Żywopłot.

            My śmialiśmy się na głos a matka z nami, bo jak powiedziała

- Fajnie, że będzie dużo zieleni. A te liczby to co?
- Wysokość nad poziomem morza.
- To to będzie nad morzem?

            Jak już Wam mówiłem jedną z największych jej pasji są kwiaty. Ma jeszcze chwilę czasu do przeprowadzki, więc postanowiła rozmnożyć swoją obecną oranżerię. Nie wiemy jak ona to robi, ale każda urwana gałązka prawie z dnia na dzień rozrasta się i zakwita kolorowymi kwiatami. Nawet jak w innych domach roślina była tylko zielonym drzewkiem u Zdzisławy kwitnie jak w kwiaciarni. Mój szwagier hurtowo dowozi ziemię a matka kupuje najróżniejsze doniczki. Nie ma znaczenia, jaka jest pora roku i dnia, przesadza, co chce i kiedy chce i to wszystko rośnie. Obawiamy się, że w tym nowym mieszkaniu będzie trzeba przemieszczać się z maczetą. Ojciec został już poinformowany, że jego pokój także zostanie ukwiecony.

- Tato, a gdzie będzie pies w tym nowym domu?
- Wymości sobie posłanie w krzakach u matki w pokoju.

            Mamy sporo zabawy z tym nowym miejscem, bo ona bezustannie o tym myśli. Wystarczy zadzwonić.

- Dzień dobry, dzwonię z budowy. Czy pani wybiera niebieski gumolit do kuchni czy zielony?
- Jak gumolit?
- Na podłogę do kuchni.
- Ojej, ale to do niczego nie będzie pasowało.
- Co za różnica jak i tak wszystko zajdzie grzybem z garażu.
- Przestań mnie denerwować, bo powiem ojcu!

            Żeby uniknąć ciągłych pytań tato znosi do domu wszelkie ulotki, katalogi wnętrzarskie i reklamy sklepów i wyposażeniem. Zdzisława skrupulatnie ogląda. Ostatnio przyniósł jej nawet katalog drzwi, choć te już są wybrane. Matka przejęta oglądała kredowy, błyszczący papier i kiedy natknęła się na trzy propozycje, zaprezentowane obok siebie trochę się zdziwiła.

- Waldek, ale każdy front jest inny i po co w szafie klamki?

            Telefony znosi także reszta rodziny, ale nas zadręcza tylko w godzinach dziennych.

- Synek, a jaki balkon tam będzie wielki.
- Wiem, super.
- Będę sobie z tatą siedziała i będziemy grali w warcaby.
- W życiu z ojcem nie grałaś w warcaby.
- Bo nie miałam takiego balkonu.

            Czasami zdarzają się jednak telefony błogim świtem.

- Śpisz?
- Nie a co się stało?
- Tam jeszcze tyle rzeczy trzeba będzie kupić.
- Mamo, to za pół roku. Wszystko masz ustalone.
- Nie wszystko.
- Nad czym się dzisiaj zastanawiasz?
- Nad łazienką.
- Znasz już kafelki, umywalka i sedes już jest…
- Ale trzeba kupić papier toaletowy i zapach.

            Moja Siostra zabrała Zdzisławę w celach rozrywkowych do Ikea. Spędziły tam kilka godzin oglądając każdy kubek, tkaninę i obraz. Po całym dniu matka wracając stwierdziła, że nic tam nie ma. Ciężko jej dogodzić.

            Nadal nie zgłębiła jeszcze bogactwa Internetu i jak jej ostatnio pokazałem, że tam są wszystkie katalogi z firanami to siedziała przed monitorem trzy godziny. Teraz ojciec klika. Na szczęście nie odkryła jeszcze stron z wirtualnym urządzaniem wnętrz i malowaniem ścian, bo tato zwariuje.

            Mnie przypadło znalezienie stołu, bo mam w Warszawie większy wybór. Jak jakiś zobaczę to dzwonię i opisuje.

- Mamo, jest stół.
- Mów.
- Jasne drewno, surowe, można pomalować.
- Duży?
- Taki chyba tradycyjny.
- Ile krzeseł?
- Są cztery, ale można jeszcze dokupić dwa i będzie na sześć osób.
- Za mały, szukaj takiego na dwanaście.
- A co ty będziesz konferencje przy nim urządzała?
- Na wigilii się nie zmieścimy.
- To jest raz w roku, zastawisz pół pokoju.
- Powiedziałam na dwanaście.

            Wsparcia szukałem u siostry.

- Izka matka mi każe kupić stół na dwanaście osób.
- Już się poddałam, dopóki nie rozwala ścian to nic nie mówię.
- Tam będzie cyrk.
- Pomyśl o tym, że jak teraz ściągamy buty na klatce schodowej, to w tym nowym chyba już na chodniku będzie folia.

            Trochę jednak nam szkoda tego mieszkania, bo kawał życia i wspomnień tam zostaje. Dla mnie to całe dzieciństwo, które już częściowo znacie. Zdzisława na przemian cieszy się i płacze nad tym miejscem, ale pocieszeniem jest to, że jej najlepsza koleżanka z bloku także się przeprowadza i zamieszkają bardzo blisko siebie.

P.S.
Wiecie, że Krysia, żona Henia z Tesco jest w ciąży?

wtorek, 3 grudnia 2013

JESTEM PAMIĘTAM CZUWAM


            Długo mnie nie było. Nie chorowałem. Nie mam jakoś ostatnio dystansu do tego, co dzieje się wkoło mnie. To, co mnie śmieszyło, teraz drażni. Nie miałem ochoty dokładać Wam jeszcze mojego hejtowania na wszystko dookoła.

            Trochę się opuściłem, jak się dzisiaj zastanowiłem odkąd się nie spowiadam to trochę wydarzeń Was opuściło. Byłem w Pradze, dwa razy w Londynie, W Gdyni, ze trzy razy u matki. W ramach powiedzenia „Pracujesz na lądzie, wypoczywaj na wodzie”, popłynęliśmy ze znajomymi w rejs po Wiśle. Było jeszcze Erszoł i kilka dobrych imprez. Kiedyś pewnie do tego wrócę, bo działo się jak zawsze. Zwłaszcza w samolotach. Zaczynam się obawiać, że na Okęciu mają taki program w komputerze, który do mojego nazwiska dołącza wszystkich współpasażerów poniżej piątego roku życia, albo powyżej stu czterdziestu kilo. Spotkałem też sporo ciekawych ludzi. Kasia Cichopek o mały włos nie dostała ode mnie torbą treningową a w profesora Nałęcza wjechałem telewizorem jak pchałem karton przed budynkiem Polsatu.

            Ostatnio staram się zgłębić tajniki rynku pracy w naszym kraju i nie ogarniam. Nie wiem już, po co komu studia, kursy i wszelkie inne umiejętności jak nie ma się odpowiednich kontaktów.

            Można na przykład zajmować najwyższe stanowiska w kraju nie mając do tego żadnych predyspozycji, ale każda kelnerka w Warszawie musi znać komunikatywnie przynajmniej dwa języki. Choć znam dwóch posłów obecnej kadencji.

            Widzieliście jak Pani Marszałek podejmowała w sejmie Sharon Stone? Pomijając już fakt, po jaką cholerę pani Stone zapraszana jest do naszego parlamentu. Jestem pełen szacunku dla jej dorobku filmowego, ale jesteśmy wielkim krajem w środku europy, członkiem UE i NATO, po co ona tam weszła, pomachać? Specjalnie sobie z nikim nie mogła pogadać, bo jak przywitała się z Ewą Kopacz ta tylko się do niej uśmiechała.

            Codziennie po treningu czytam gazety i nakręcam się jeszcze bardziej, bo przy znanych nazwiskach zmieniają się tylko stanowiska. Można przejść z jeden firmy do drugiej i nie ma kompletnie znaczenia, że jedna obsługuje lotnisko a druga zajmuje się nieruchomościami, albo żywnością.

            Ogłoszenia też spotkać można najróżniejsze. Poczynając od: „Niepijącego ciastkarza zatrudnię” po „Zdrowego psychicznie informatyka…”.

            Druga strona też nie ma łatwo. Szukanie pracownika to nie lada sztuka, bo ludzie na rozmowach na wszystko odpowiadają "tak". Mój kolega po takiej rozmowie przyjął kelnera. Pierwszym poleceniem, jakie miał wypełnić przed otwarciem restauracji było odkurzenie dywanu w wejściu i pozamiatanie liści na chodniku przed wejściem. Chłopak postanowił pracę sobie ułatwić i odkurzacza użył także do zbierania liści. Odkurzacz spalił się po pięciu minutach. Jako pierwsi goście do obsłużenia trafili mu się ważni dla tego miejsca dyplomaci. Dopiero przy stole okazało się, że nie ma pojęcia o jakimkolwiek języku obcym, co nie przeszkodziło mu w naubliżaniu gościom. Skoro nie udało mu się przyjąć zamówienia, postanowił wyjść na zewnątrz na papierosa. Kiedy wrócił i powiedzieli mu, że wylatuje, zapytał czy za te pół dnia mu zapłacą?
           
            Ja trafiłem ostatnio do grupy tworzącej nową telewizję kablowo – internetową. Bardzo to dla mnie jeszcze skomplikowane, ale tylko te techniczne kwestie. Jeżeli chodzi o „mój program” radzę sobie dużo lepiej. Mam kilka pomysłów i najprawdopodobniej któryś z nich zostanie zrealizowany. Nie pomyślałbym, że nadaje się przed kamerę, pomijając statystowanie, ale odkąd Jola Sloma i Mirek Trymbulak robią karierę to ja ze swoja nienachlaną urodą mogę nawet poprowadzić główne wydanie Wiadomości.

            Jak patrzę na plaże na świecie czy nasze Tatry to w moim przypadku natura raczej się nie popisała, ale co tam. Jednym z pomysłów na tę telewizję jest połączenie we mnie Marioli Bojarskiej Ferenc, Krzysztofa Ibisza, Edyty Wojtczak i tej pani od Kwadransowych grubasów. Ale do tego jeszcze trochę czasu.

            To jednak ogromna motywacja do treningów. Ciało mi się zmienia i w domu zrobiło się jakby więcej miejsca. Bardzo intensywnie się ostatnio za to wziąłem, raz udało mi się nawet zasłabnąć. Trener myślał, że świruje, ale zblednąć nie potrafię na zawołanie i mi uwierzył.

P.S.
Robiłem dziś porządek w płytach i znalazłem jedną podpisaną „Ciekawy przypadek Benjamina Guzika”. Z tego, co pamiętam to on się kurczy. Obejrzę to dziś w celach motywacyjnych.


piątek, 4 października 2013

MAM PLECY W TVN



            Z niecierpliwością czekałem na odcinek Agaty, w którym miałem wystąpić. Kiedy okazało się, że wybrano ustawienie kamer, przy którym dokładnie zasłania mnie wielki samochód, było mi kulawo.



            Na szczęście tego dnia, kiedy byłem na planie moje umiejętności aktorskie zostały wykorzystane dwukrotnie. Wprawdzie nie widać w tej drugiej scenie mojej twarzy, ale to jest dopiero wyzwanie dla aktora, wyrazić rolę plecami mogą wybrani, en face to byle Opania potrafi.

            Rolę musiałem odegrać należycie, bo od rana w pracy nieprzerwanie dzwonił telefon. Pytano czy to nie ja jestem tymi plecami z TVN, albo proszono o porady z dziedziny prawa. Większość dzwoniących przedstawiała się, jako Agata, Marek a zdarzyła się i prokurator Okońska.

            Zdolności aktorskie mam po mamie, tylko ona realizuje się w rolach teatralnych. To jest taki jej autorski pomysł na teatr absurdu, improwizowany na zawołanie w różnych sytuacjach i miejscach. W dniu, w którym ja pojawiłem się na srebrnym ekranie moja matka zagrała kolejna premierę.

            Tym razem na chodniku pod swoim blokiem. Jak co dzień rano mój tato wyszedł na spacer z psem. Ojciec wszystko robi rutynowo i w tym samym czasie. Idzie z psem codziennie tą samą trasą i zajmuje mu to zawsze tyle samo czasu. Przy wtorkowym spacerze rytm zakłócił ojcu strażnik miejski. Za to, że pies idzie przed ojcem a smycz tato ma w ręce zaproponowano mu mandat w wysokości 250 złotych. Ojciec tłumaczył się, że Fumfel to mały jamnik i już by sprawę załatwił, ale pies jak na życzenie postawił jeszcze klocka pod nogami stróża porządku. Za to kara wynosi 500 złotych, więc ojciec dowiedział się, że teraz zapłaci razem siedem i pół stówy. Na apele, że tę kupę zaraz sprzątanie strażnik już nie reagował.

            Nagle z klatki schodowej wyłoniła się moja matka w koszuli nocnej i idąc w stronę ojca, o kulach zaczęła:

- Bardzo panu dziękuję, że złapał pan mojego pieska. Uciekł mi przed chwilą a ja mam nogi chore i sama go nie dogonię.

             Ojciec zbaraniał, podobnie jak strażnik. Najpierw usiłował Zdzisławę wygonić, ale jak zaczęli razem skończyło się na dużo niższej karze. Aktorka zapytana o motywację, jaka towarzyszyła temu spektaklowi odpowiedziała, że ojciec już się spóźniał kilka minut, więc coś się musiało stać. Kule wykorzystuje nagminnie, choć nie potrzebuję ich już ponad rok. Załatwia nią sprawy w administracji i kolejki u lekarza.

            Więc jakim cudem ja, z wrodzonym talentem aktorskim, debiutem teatralnym u Jandy i kilkoma znakomitymi rolami telewizyjnymi (patrz zdjęcie) nie zagrałem Wałęsy w Wałęsie?.

            Nie rozumiem, dlaczego Wajda się krępuje i nie dzwoni, przecież to on siedział obok mnie jak grałem u Jandy, znamy się. Zrobiłbym to równie dobrze jak Więckiewicz albo lepiej. Wąsy można by mi przekleić a włosy mam najdłuższe od dziesięciu lat.

            Zapuściłem na górze, bo chciałem uzyskać fryzurę, która w gazecie nazywała się Preppy boy. Tyle, że model w gazecie nie miał gęby jak księżyc w pełni, więc ja w niej wyglądam bardziej jak Dorota Wellman, co dla Wajdy jest kolejnym plusem, bo za jednym zamachem mógłbym zagrać Krzywonos.

            Żadnego szukania oszczędności. Z tą fryzury musiałem coś zrobić. Szkoda mi było tych wyhodowanych pukli, więc poprosiłem fryzjera żeby to ogarnął. On zawsze golił mi dynie na zero, więc nie wiedział jak się do tego zabrać. W efekcie wyszło tak, że wyglądam teraz jak Iza Trojanowska w latach osiemdziesiątych. Mam jednak nadzieję, że pan Andrzej się ogarnie przy następnej produkcji.

            Z wielkich polaków nie było jeszcze filmu o Skłodowskiej. Chyba zapuszczę te włosy porządnie i wypatrujcie mnie na Orłach czy innych Kaczkach. Zresztą na początek to i Wiktor mi wystarczy.

wtorek, 17 września 2013

WEDDING PLANNER


Matka uważa, że dziczeje. Kiedyś każde zaproszenie na imprezę wyciągane ze skrzynki powodowało u mnie mrowienie wszędzie – byłem towarzyski. Od jakiegoś czasu jednak, kiedy wyciągam kopertę trochę bardziej elegancką niż ulotki reklamujące wakacje pojawia się niepokój. Zaproszenie na wesele do kogoś bliskiego?. Czujesz się tak jak wtedy, kiedy ma się kaszel i pęknięte żebro. Musisz to zrobić, choć wiesz, że będzie bolało.

            Żeby było jasne, nie dziczeje i nie jestem przeciwnikiem tego typu imprez, choć więcej rzeczy na zaślubinach budzi we mnie niepokój niż na przykład na takich komuniach czy stypach.

            Kiedy przez rok Szpara była poturbowana i przykuta do łóżka dwa razy w tygodniu przyjeżdżałem z butelką wina i do późnych godzin oglądaliśmy wedding.tv. To taki program, gdzie ludzie wysyłają swoje wesele i montuje się z jego najlepszych kawałków półgodzinny film. Dzięki temu okresowi w moim życiu ślubo – plannerem może nie jestem, ale ekspertem od obciachu podczas ożenku już owszem.

            Zaczyna się od błogosławieństwa, na które każdy ma swój sposób i raz każą ci całować krzyż, raz się żegnać a zdarza się, że i całują cie w czoło. Przed ślubem mojej siostry, kiedy klęczała z małżonkiem na poduszkach ułożonych na dywanie w dużym pokoju Zdzisławy zamieszanie zrobiło się takie, że błogosławili i rodzice i dziadkowie, wszyscy płacząc. Gdyby zdecydowała się do tego dołączyć jakaś sąsiadka na pewno matka by ją do tego popchnęła. Patrząc jednak na minę Izki (mieszaninę przerażenia z wybuchem śmiechu) poprzestano na dziadkach. W takich momentach życia niezbędne jest także naruszenie plastykowej Matki Boskiej stojącej na lodówce i zroszenie wodą z jej korpusu misternie ułożonych fryzur młodych państwa.

            W kościele wszystko zależy od tego, na jakiego trafisz księdza albo, jaką dysponujesz kasą. Moja siostra bardzo chciała, żeby do ołtarza poprowadził ją ojciec, na co usłyszała, że naoglądała się amerykańskich filmów. Byłem także na takim ślubie kościelnym, gdzie dziecko pobierającej się pary siedziało razem z nimi przed ołtarzem. Wychodząc po ceremonii można już skorzystać z całego wachlarza możliwości. Jedni wypuszczają gołębie inni uwalniają z dłoni motyle. Są specjalne klatki w kształcie serc, z których świeżo zaślubieni uwalniają balony, a jakże – czerwone serca. Sypiemy wszystkim, na łby leci forsa, ryż, kwiaty. Mogą temu towarzyszyć wybuchy petard lub strzały armatnie w zależności od fantazji. Bardzo wygodnie jest zbierać drobniaki z chodnika w sukni i garniturze. Na ślubie Rafała, który ze mną studiował przeczytano życzenia od Benedykta XVI. Później dowiedziałem się, że można to zamówić w necie za kilkadziesiąt euro, chyba sobie na urodziny zamówię od Franciszka.

            Po drodze z kościoła jest czas na sesję zdjęciową. Kilka póz przy rozwijanych planszach. Kolumny zamku, ogród w Wersalu a także rekwizyty. Stary rower, klęcznik czy altana z drutu, wokół której wiją się sztuczne pnącza zieleni. Bardzo to później wszystko wygląda naturalnie. Można także zrobić sesję w zupełnie innym dniu niż ma się ślub. Wtedy mamy już czas na tak oryginalne zdjęcia jak wyskakiwanie z autobusu w białej sukni, siadanie w tłumie zwykłych przechodniów na skwerach i w kawiarniach a także szalenie oryginalne ustawianie się w tych ciuchach w kolejce na poczcie, czy jedzenie kebaba.        

            Docieramy na salę weselną. Na samochodzie ozdób moc, nie oszczędzamy nawet klamek i kołpaków. Przy wejściu wódka, chleb i sól, kawałek dalej szampan z kieliszków obowiązkowo ustawionych w kształcie serca. Podczas wypełniania przez zaszczytną parę tradycji nieustannie towarzyszy im kamerzysta. W przerwach, kiedy siadają, jedzą czy wychodzą obejrzeć prezenty zaczepia gości. Wjeżdżając im obiektywem w talerze pyta, jak im smakuje, kim są dla młodych lub, jeśli jest odważniejszy ile ma pani lat i czy sama pani przyszła.

            Każdy z nas, nawet jak nie musiał przeżywać tego dnia osobiście był, obok kiedy działo się to u kogoś bliskiego. Najgorzej mają ci, którzy w okresie przedślubnym muszą mieć styczność z przyszłą panną młodą. Kobiety mają dość silnie sprecyzowane oczekiwania związane z tym wyjątkowym dniem i potrafią być trudne. Wszyscy ci:

Krawcy, (do zupełnie przyzwoitej sukni zawsze można coś doszyć. Frędzle, cekiny, perełki, kokardki, falbany. Można ją dowolnie skracać i marszczyć, dodawać kolorowe akcenty, zakładać podwiązki czerwone i niebieskie na białe rajstopy. A wszystko obowiązkowo zwieńczyć marszczonymi rękawiczkami naciąganymi na jeden palec.)

Fryzjerki, (do misternie ustawionej na głowie koafiury, do której zrobienia mistrzyni poświeciła cztery godziny pani zażyczyć sobie może wplecenie sztucznych margaretek lub innych sztucznych kwiatów przyspawanych do żyłki. Z welonem, wiankiem czy stroikiem można już wyprawiać, co się chce, łącznie z zakładaniem ich tył na przód niwecząc fryzurę ostatecznie.)

Florystyki, (nierzadko zmuszane są do wpychania druta w kwiaty, ponieważ jego naturalny kształt nijak ma się do wyobrażeń o nim tej, która bukiet będzie niosła. Oryginalnym pomysłem są także bukiety ze wszystkiego, co kwiatami nie jest, tu dowolność absolutna, ograniczona tylko fantazją i odwagą.)

Mistrzynie makijażu lub bardziej charakteryzatorki, (ponieważ nierzadko muszą najpierw zmatowić elewacje panny, która dwa tygodnie przed ślubem postanowiła spać w solarium, doprawiła sobie firany zamiast rzęs i ostrzykała usta na ponton. Stają na głowie, żeby to wszystko ogarnąć, choć ich praca na koniec ulepszona zostaje brokatem lub doklejanymi do powiek kamieniami. Każda z pań chciałaby być pofotoszopowana przynajmniej tak jak gwiazdy tvn na prezentacji nowej ramówki. Magda G wygląda jakby miała ze trzydzieści lat a nie naturalnie, czyli podobnie do Villas, ten francuski kucharz stojący obok niej na plakacie bardziej podobny jest do Shekina Stevensa niż do siebie.)

            I szereg innych, zobowiązani są stawić czoła realizacji marzeń, z którymi delikwentka chodziła od dziecka. Nierzadko nierealnymi. Jednakowoż to ona za to płaci i to nie mało, więc zawody te ryzykując swoją reputacją muszą godzić się na zachcianki wszelkie. Jeżeli suknia jest choćby najpiękniejsza a makijaż idealny a ona postanowiła dołączyć do niej białe kozaki i brwi a’la Breżniew – jej święto.

            Zachcianki jednak powinny być wcześniej sprawdzane. Zamówienie sobie limuzyny, która będzie musiała podjechać pod wiejski kościół kończy się czasami drobieniem między kałużami w białej sukni, ponieważ za długi samochód musi zostać kilkaset metrów przed podjazdem.

            Natomiast na sali można już wszystko. W ofertach zespołów weselnych jest dużo więcej rzeczy niż tylko muzyka. Strony z atrakcjami na ślub oferują całą paletę usług rozmaitych. Nie mam nic przeciwko zabawom na weselu, nie lubię tylko, kiedy zmusza się mnie do robienia z siebie idioty (wolę dobrowolnie), kiedy mam na sobie swój najlepszy garnitur a większość pań misternie obmyślane od miesięcy kreacje. Mogę tańczyć robiąc wężyka, godzę się na falę przy stole czy klaskanie w najdziwniejszych choćby momentach. Nie przepadam natomiast, kiedy każe mi się biegać w skarpetach po gaśnicę do samochodu, tańczyć z partnerką „na barana” (przodem), kiedy psika się na mnie pianką do golenia. Nie mam ochoty pompować balona skacząc po krześle bez spodni czy malować sobie twarzy farbami.

            Są także atrakcje, w których uczestniczymy grupowo. Pokazy barmańskie, fotobudka, walki rycerskie, bańki mydlane, confetti, czekoladowa fontanna, fireshow, iluzjonista, żongler, klaun dla dzieci, karykaturzysta, kominiarz. Można zamówić sobie atrakcje w postaci zespołu romskiego, który mało, że odśpiewa cygańskie szlagiery to jeszcze porwie pannę młodą. Możemy wspólnie lizać lodową rzeźbę lub uczestniczyć w karaoke. Na koniec wyjdziemy na pokaz fajerwerków albo puścimy do nieba lampiony.

            Jedzenie też nie musi być zwyczajne, bo możemy połączyć je z muzyką. Do rosołu – „Dumka na dwa serca”, później schaboszczak – „Jak anioła głos”. „Złote obrączki i róże płonące” uprzyjemnią nam konsumpcję barszczu z pasztecikiem, lecz przebiją je zaraz serwowane do flaków – „Nie żałujcie serca dziewczyny”. Do płonących lodów – „Panno Walerciu czarną masz” i na finał, pyszny pieczony prosiak upokorzony fajerwerkiem wetkniętym w tyłek wjeżdżający na sale, a w tle Jean Michel Jarre, opcjonalnie „Serce matki”.

            Przy okazji omawiania tego rodzaju imprez muszę wspomnieć mojego kolegę Sylwestra. Zawsze przy temacie wesel właśnie On ze wszystkich moich znajomych pierwszy przychodzi mi do głowy. Mieszkałem z nim w czasie studiów, kiedy lat mieliśmy dwadzieścia parę a jest to okres wzmożonego zapraszania na śluby wśród znajomych. Sylwester w odróżnieniu ode mnie należy do ludzi, którzy odzywają się z rzadka. Za to trafnie.

            Nie jest mrukiem, ale nie należy do tych, którzy w żółtej bluzie będą tańczyć i wrzeszczeć w środku dyskoteki. On tak raczej w granatowej, lekko z boku i z cicha. Jeżeli natomiast ma się to szczęście i należy do bliskiego grona jego znajomych, na kameralnych imprezach można się cieszyć jego poczuciem humoru i inteligencją. Na jednej z kolacji u Szpary, podczas której w tle leciało wedding.tv a biesiadnicy żywo komentowali, Sylwester jakoś tak w przestrzeń powiedział: „NIENAWIDZĘ WESEL!”. Po czym wyrzucił z siebie wszystkie krepujące sytuacje, w jakich kazano mu uczestniczyć. Doświadczenie ma bogate, ponieważ z racji umiejętności tanecznych i miękkiego serca jest po weselach ciągany przez samotne koleżanki. Zawsze, kiedy wracał po takiej nocy, całą niedziele spędzał z książką na kanapie, ewentualnie dłubał w laptopie. Nie rozmawialiśmy, musiał się wyciszyć. To rzucone przez niego hasło coraz bardziej zaczynam brać za swoje.

            Inny mój znajomy, zawodowo zajmujący się organizacją takich imprez miał kiedyś za klientkę dziewczynę, która postanowiła przebić wszystkie swoje koleżanki. Kiedy zabrakło jej już pomysłów na uatrakcyjnienie wesela postanowiła zamówić sobie zespół De Mono. Wszystko zostało załatwione tak jak sobie życzyła, ale na tydzień przed ślubem do organizatora zadzwonił manager zespołu:

- Witam, proszę zapytać państwa młodych czy to będzie duży problem, jeżeli z zespołem nie przyjedzie pan Krzywy?.

            Nie wiedzieć czemu zrezygnowała.

            Piszę o tym wszystkim, dlatego, że przedwczoraj wróciłem z wesela przyjaciół, które odbywało się pod Lublinem. Zaproszono mnie na nie już bardzo dawno temu i naturalnie natychmiast odmówiłem. Nie będę Wam opisywał, jakim podstępem przez brata pana młodego zostałem zmuszony do zmiany decyzji, ale absolutnie tego nie żałuję.

            Święto dwójki kochających się ludzi zorganizowano bez obciachu, kompromitacji siebie i gości, pozostawiając tylko miłe wspomnienie dwudniowej imprezy. Piątek trzynastego, żadnych księży, sukni w kształcie bezy czy sypania kwiatków. Dziesięć minut w urzędzie, Ona w pięknej wieczorowej sukience bez welonu i falbanek. Stałem pomiędzy rodzinami państwa młodych. Kiedy urzędniczka (uwielbiam sposób, w jaki mówią) zapytała: „Czy przyjmuje pani nazwisko męża?”. Stojąca za mną kobieta (z rodziny pani młodej), w naszyjniku z kamieni o wyglądzie tabletek Strepsils zaczęła chrząkać i buczeć. Odwrócił się do niej pan (rodzina pana młodego) i poradził:

- Jak cie boli gardło to possij sobie biżuterię.

            Nie było karzełków w łowickich strojach z tacką na obrączki ani grania na pile. Wszyscy wyszli i pojechali do restauracji, gdzie nie powitało nas styropianowe Szczęść Boże Młodej Parze czy balony tylko bardzo elegancji lokal i normalnie przygotowane stoły. Żadnego videofilmowania, pierwszych tańców czy „Cudownych rodziców” Sipińskiej. Pomiędzy gośćmi dyskretnie przemykała pani fotograf robiąc zdjęcia wszystkim, którzy ją o to poprosili. Z obserwacji tego jak się ustawiała będą mieli bardzo fajny reportaż z tego dnia.

            Wieczór upłynął na potrawach serwowanych, co dziesięć minut i tańcach, które ratowały od przejedzenia. Nie było oczepin, płaczu, tańców bez butów i zmuszania do czegokolwiek. Większość gości została ulokowana w wynajętym w całości hotelu, do którego częściowo przeniosło się i tak trwające do rana przyjęcie.

            Dzień kolejny, czyli przeważnie krótkie poprawiny, które mają na celu dojedzenie niezjedzonego i dotańczenie tych, z którymi zatańczyć się nie zdążyło okazało się weselem kolejnym, na którym zaserwowano jeszcze więcej jedzenia a na koniec przyciemniono światło i na salę wjechał prosiak, z którego tyłka błyskał fajerwerk.

            Z radości zaczęliśmy klaskać i robić sobie z nim zdjęcia a jedna ciocia się popłakała.

            Wszystkiego dobrego Sylwio Piotrku.


P.S.
Znacie taki rodzaj pogody, który na ślub by nie pasował?. Byłem już na różnych i zawsze gdzieś z boku dają się usłyszeć komentujące ciocie.
- „Takie piękne słońce, no już ładniej nie mogło być”.
- „Niebo płacze, że ona już nie jest panną, ślicznie mają”.
- „Taka piękna zimowa oprawa, ona jak śnieżynka wygląda”.
- „Burza taka z gradobiciem, jakby fajerwerki zamówili, no cudo”.
Podejrzewam, że i na tsunami by coś wymyśliły.

niedziela, 8 września 2013

PLIKI COOKIES


Jadę pod górę krętą wąską drogą. Jadę na rowerze z okrągłą przyczepką. To autostrada rowerowa, jestem na południu u naszych zachodnich sąsiadów. Mijają mnie zjeżdżający z góry rowerzyści, wszyscy jedziemy bardzo szybko.

            Podjeżdżam pod górę, mój rower zamienia się w samochód, któremu nie działa ręczny. Na skrzyżowaniu trafiam na czerwone. Zaczynam się staczać, droga się rozszerza, ale zbliża się jakaś wyrwa w jezdni. Rozpędzone auto, tyłem wjeżdża w dziurę, wybija się i podrzuca go wprost na gałąź wielkiego drzewa.

            Ja już w tym czasie stoję pod drzewem i zastanawiam się jak zdejmę go z gałęzi, bo nie jest moje, tylko koleżanki ze studiów. Klik. Jesteśmy w akademiku w Warszawie z korytarzami jak w szpitalu, niebieska lamperia olejna, żółtawe światło. Wszyscy rozmawiają o tym jak zdjąć samochód z drzewa, przychodzi koleżanka – właścicielka i mówi, że spoko, bo jest ubezpieczony od takich rzeczy i w ogóle fajnie tam wygląda.

            Przewracam się na drugi bok. Otwieram oko, kanapa Beddinge lovas, stolik Lack, dywan Gislev. Ikea, Jestem u siebie. Odpływam natychmiast.

            Biegnę goniąc Piotrka, kolegę z dzieciństwa. Lecimy po trawie otaczającej kaliski basen w centrum parku. Jest gorąco, rozgrzany trawnik parzy nam gołe stopy. Dobiegamy do ślizgawki, wskakujemy na strumień wody. Zjeżdżalnia rozpada się zaraz za nami, każdy jej element odpada jak tylko zdążymy go pokonać. Ludzie przed nami zabierają dzieci w popłochu, bo bardzo pędzimy. Spadamy do zimnej wody, kiedy wynurzamy głowy, ślizgawka stoi cała, chcemy jeszcze, ale nie wiemy jak do niej dojść.

            Znowu stąpamy po gorących kafelkach, żeby dobiec do blondynki z papierosem, która grabi trawnik, stoi tyłem do nas.

- Przepraszam, jak możemy się dostać do ślizgawki?.
- You have to go to the gate.

            Odpowiada nam Sarah Jessica Parker.

            Trochę oszołomiony otwieram oko, poprawiam poduszkę (Gossa Vadd) i zasypiam na nowo.

            Siedzę w kuchni, naszego starego mieszkania i mama, w przeskalowanej fryzurze tłumaczy mi, że jak bardzo będę się starał to pojadę na olimpiadę i będę rzucał wężem ogrodowym. Zdecydowanie pocieszony tą informacją wychodzę na podwórko. Schodzę po schodach, ręką podpierając się o ściany pomalowane wałkiem nadającym im wzór winogron. Jednak schodzenie trwa zdecydowanie za długo, więc na wysokości trzeciego piętra postanawiam sfrunąć. Staje na parapecie, rozkładam szeroko ręce i sfruwam do kolegów na trzepaku, zataczam duże koła zanim do nich trafię i podziwiam komin zakładu w którym pracował mój tato.

            Siedzimy na trzepaku i rozmawiamy o tym, że jutro wszyscy polecimy nad jezioro. Marlena chce grać w palanta, ale nas jednak zajmuje temat grzyba na ścianie jaki pojawił się w piwnicy i o tym, że masło roślinne jest super do kanapek.

            Z jakich plików cookies korzysta mój mózg, że później wyświetla mi takie obrazy na powiekach?.

Nie mam pojęcia.